Dziennik Henryka Stebelskiego

Henryk Stebelski (1), dyplomata opiekował się polskimi uchodźcami podczas podróży z Indii do Meksyku. Dziennik jest zapisem jego przeżyć i wrażeń w trakcie tej podróży. W 1940 roku pan Stebelski ożenił się z Elisabeth (Beatką) Orlowski. Młodzi małżonkowie zostali rozdzieleni przez wojnę . 

Serdeczne dziękuję panu Wojtkowi Stebelskiemu, który udostępnił mi dziennik swojego ojca. W miarę możliwości starałam się dowiedzieć czegoś na temat opisywanych w nim osób. Krótkie informacje zawarłam w przypisach (wykorzystałam również przypisy zawarte już w dzienniku).

 

Maj, 1943. Środa, 12.

Kończę sprawy konsulatu. Widać, że Banasińskiemu (2) trudno się ze mną rozstać. Tak się u nich zadomowiłem. Ale czy ja pojadę do tego Meksyku?

Po południu kino z Jordanami. Potem kolacja u nich.

Chyba, że wyjadę, bo zawsze tak bywa, że gdy dobrze się gdzieś czuję, zadomowię się – wtedy następuje zmiana. Muszę się trzymać, bo jestem podekscytowany i mimo, że sypiam na werandzie -  spać nie mogę. Tyle myśli, tyle wrażeń, ciągle nasuwa mi się do głowy.

Bardzo polubiłem panią Jordanową. Widać, że i ona odczuwa mój wyjazd.

 

Maj, 1943 Czwartek, 13.

O piątej  u American Liason Officer spotykam: mego kapitana statku (3), pierwszego oficera oraz pułkownika, dowódcę wojskowego. Muszę być na statku w sobotę rano. A więc wyjeżdżam naprawdę.

Dziś szczepienia. Muszę zrobić wszystko, to co inni. Zmieniam pieniądze dla ludzi którzy jadą. Cały Bombaj (4) mówi o wyjeździe do Meksyku.

Żegnam się z Bombajem. Znam tu już każdą ulice, każdy dom niemal. Wizyta u starego Sternbacha (5). Bardzo miły jest dla mnie Bogucki. Spotkam pewnie w życiu jeszcze tego człowieka.

Wieczorem jestem na pożegnalnej kolacji u pani Rudrof (6). Miła była osoba, ale mimo, że widywałem ją często nie odczuwam smutku rozstania – mimo, że ją lubiłem. Dziwne uczucie.

Po powrocie do domu, z Banasińskim ostatnie szyfry.

 

Maj, 1943, piątek 14.

Ostatni dzień w Bombay.- Embaracation Office, konsulat, sprawunki. Jestem wszędzie. Śniadanie z p. Jordanową we dwójkę w Taju. Bardzo bym chciał, aby poznała ona kiedyś Beatkę. Kupujemy książki na drogę. Pożegnanie Bombay a Malabar Hill..

Jestem u Norblinów (7), rozmowa z panią Dynowską (8). Pożegnanie w Czerwonym Krzyżu. Pożegnanie w konsulacie z kolegami. Moje przemówienie. W Welingtonie pożegnanie z Merolinem (9).

U Jordanów ostatni drink w ich miłym ogródku w Norblinowie. Odwożę ich na pożegnanie mej towarzyszki podróży p. Reut (10). Sam jestem na obiedzie u arcybiskupa. Świetny obiad- jesteśmy we dwójkę- Potem długo w nocy siedzę z konsulem Banasińskim i Boguckim.

Maj, 1943, sobota 15.

Rano kościół, spowiedź i Komunia św. Ostatni break fest z Banasińskim. Pożegnanie Babcia, Banasiński, służba. O godzinie dziewiątej  wyjeżdżam do doków Ballard.

27.VII.42 przybił do nich mój statek,  15.V.43 z nich wyjeżdżam.

Od razu otrzymuję kabinę – jedną z najlepszych na statku. Spotykają mnie oficerowie bardzo serdeczni. Rano na mieście w Reserve Bank załatwiam sprawy dewizowe.

Po południu wizyta arcybiskupa. Ładowanie bombajskich Polaków. Pod wieczór przychodzi statek z Karachi (11). Motorówką z Amerykanami jadę na statek.

Pierwsza noc na statku.

 

Maj, 1943 niedziela 16.

Od rana przyjmowanie i ładowanie na statek naszych ludzi z Karachi. Gorąco szalenie i czuję się zmęczony. Jedyne moje połączenie z ludźmi to telefon z baru w dokach. Ostatni o godzinie piątej do Jordanów. W południe wizyta Banasińskiego. Człowiek naprawdę mi oddany.

Awantura z księdzem Jagielnickim (12), który nie chce jechać. Wreszcie w barze Banasiński, Lisiecki (13) i ja przekonujemy go. O szóstej mostek podniesiony, z daleka widzę jeszcze Boguckiego. Statek powoli rusza. Oddalamy się od doku. Zachód słońca na tle Bombay. Na razie dość już daleko od brzegu stajemy na kotwicy.

 

Maj, 1943 poniedziałek, 17 .

O dziesiątej  rano podnosimy kotwice. Statek powoli rusza. Widać, że port Bombay zaminowany. Wychodzimy z portu bardzo krętą drogą. Bombay raz się zbliża, raz oddala.

Mijamy szereg większych i mniejszych wysp. Wreszcie koło południa statek zaczyna pracować na pełnych obrotach. Około czwartej, ginie ląd. Do widzenia Indie. Czy jeszcze kiedykolwiek w życiu będę w Indiach?  Spędziłem ciekawe 10 miesięcy.

Maj, 1943 wtorek, 18.

Pełne morze. O dziewiątej msza święta na pokładzie B. O drugiej pierwsza próba opuszczania statku: „Abandon ship”. Idzie to jeszcze bardzo nieskładnie. Bardzo gorąco jest i duszno. Wieczorem z trudem można zagnać ludzi do wnętrza statku. Będą z tym kłopoty.

O siódmej w sali jadalnej pierwsze nabożeństwo majowe. Ogromnie gorąco. Po dziewiątej w Troop Office pierwsze moje zebranie z oficerami statku.

Maj, 1943 środa 19

Morze coraz bardziej wzburzone. Ludzie zaczynają chorować na morską chorobę. Kapitan statku zaprosił mnie na pierwszą rozmowę do swego mieszkania. Siedmioro dzieci było u niego na lodach. Jutro zaprosił ich trzydzieścioro .

Najtrudniej zorganizować pracę w kuchni. Czynię to przy pomocy por. Słoniewskiego (14)

– ten będzie zdaje mi się  najbardziej pomocny.

Maj, 1943, czwartek 20.

Nasz „Hermitage (15)” dawniej „Conte Briano” zarekwirowany przez Amerykanów jeszcze przed ich przystąpieniem do wojny w kanale panamskim należy do najszybszych statków amerykańskich 19 wents do 24.000 ton. Nastrój zupełnie inny niż na angielskim „Troopship”. Większa dyscyplina, większa demokracja. Życie zaczyna się o siódmej rano, kończy o siódmej wieczorem. Światło gaśnie w kabinach nawet z wyjątkiem mojej, która jest kabiną oficerską. Pochmurno, duszno, czasem deszcz. Jesteśmy koło równika. Hermitage nasz samotny pruje fale Oceanu Indyjskiego.

 

Maj, 1943, piątek 21.

Dziś pod wieczór mijamy równik – oznajmił mi kapitan statku .

Powoli  życie zaczyna się  układać. Ludzie do nowego życia przywykają. Będą tak żyli sześć tygodni, najmniej.

Płyniemy do Australii. St. Francisco będzie nasz port amerykański. W Australii będziemy w Meulborne.

Towarzysze podróży pierwszej klasy: misjonarze amerykańscy, trochę kobiet i dzieci, kilkudziesięciu oficerów. W klasie żołnierskiej prócz mych 706 Polaków, wojsko australijskie i nowozelandzkie. Po kampanii afrykańskiej wracają do domu. Dużo chorych i paru rannych.

 

Maj, 1943 sobota 22.

Coraz większy porządek. Ludzie przyzwyczajają się do nowych warunków.  Mimo morskiej choroby. W szpitalu 140 osób. Głównie malaria.

O jedenastej odprawa grupowych. Mają doskonałe jedzenie.

Największy mam kłopot z mężczyznami, którzy nie chcą pracować. Ale ich zmuszamy jak możemy. Morze spokojniejsze, ale pochmurno i deszcz.

 

Maj, 1943 niedziela 23.

Nareszcie chłodny dzień. O dziesiątej dwa nabożeństwa. W messie oficerskiej protestanckie nabożeństwo, na pokładzie B nasz msza święta. Przystępuje do komunii wielu Nowozelandczyków. Po trzech latach wojny wracają do domu.

W południe urządziłem u siebie w kabinie niedzielnego bridża: ksiądz, p. Kolski (16) i p. Poznański (17).

Tak lubię godzinę przedwieczorną na górnym pokładzie… To niezmierzone niebieskie morze. Jesteśmy na wysokości Sumatry. Płyniemy na południowy wschód.

 

Maj , 1943 poniedziałek 24.

Ładny słoneczny dzień, jakby jesienny. Czyste niebo i bardzo niebieskie morze. Spokojna natura. Dziś pierwszy dzień szkolny dla dzieci, które podzielone zostały na grupy, według klas i wieku. Wykładają panie  Kowalikowa (18), Orłowska (19), ksiądz i siedem  Amerykanek, które podjęły się uczyć dzieci angielskiego.

Ogromnie męczy mnie ta rutyna. Z pokładu trzeba schodzić już o szóstej  po południu tak wcześnie zachodzi tu słońce. Co będzie dalej na południe?

 

Maj, 1943 wtorek 25.

Znów chłodniej. Odprawa grupowych i podgrupowych. Lekcje dzieci maja już regularnie.

Pod wieczór morze coraz burzliwsze. Buja statkiem ogromnie.

Zorganizowałem dożywianie matek, które mają dzieci.

Idziemy teraz  wyraźnie na południowy wschód. Widać gdzieś niedaleko jest jakaś wyspa, bo widać mewy. W mej kabinie wiatr gwiżdże jak gdzieś koło Europy. Wszyscy powkładali już ciepłe ubrania. Rozdają koce. Kapitan mówił mi dziś, że będzie jeszcze chłodniej.

 

Maj, 1943 środa 26.

Bardzo dziś miła rozmowa z Executive officer.

Amerykanie obawiają się chorób zakaźnych u dzieci – stąd dziś przegląd lekarski wszystkich dzieci.

Normalne ćwiczenia „abandon ship (20)” w południe.

Morze pozornie dziś spokojne, ale mimo to statkiem kołysze poważnie. Chłodno coraz bardziej. Piękny zachód słońca. Dziś pod wieczór widziałem dwa wieloryby, jak dwie łodzie podwodne , płynęły w przeciwną do naszego statku stronę.

Jesteśmy na 15 ° szerokości południowej. Oddaleni o 600 mil na zachód od brzegów Australii.

 

Maj, 1943 czwartek 27.

Dziś rano niespodzianka. Około godziny dziesiątej trzydzieści od strony Australii przyszedł na nasze spotkanie destroyer (21) australijski. Mamy teraz towarzysza. Jakoś człowiek raźniej się czuje niż sam wśród tych bezmiarów wód południowej półkuli. Widać dla urozmaicenia ciągle podają sobie sygnały świetlne.

Zimno tak, że na pokładzie można wytrzymać tylko w słońcu.

Wieczorem w czasie brydża , którego grałem z oficerem nowozelandzkim, panem Reiti i jakimś Amerykaninem z Czunkingu statek nasz zaczął płynąc znacznie szybciej niż normalnie. Co to było nikt nie wie.

Wiadomości ze świata dobre. Znów Niemców szalenie bombardują.

Maj, 1943 piątek 28.

Dziś urozmaicenie. Towarzyszący nam destroyer australijski odbywa ćwiczenia. Strzela ze swych dział do obłoków. Budzi to niepokój wśród niektórych pasażerów.

Około południa nowa sensacja. Nadleciały od strony Australii dwa samoloty. I one czuwają nad bezpieczeństwem naszego „Hermitage” vel „Conte Bianco”.

Zwiedziłem dziś szpital na statku. Wspaniale zorganizowany. Sala operacyjna, poszczególne oddziały, apteka. Jest nawet miejsce dla furiatów. (…)

Wieczorem brydż.

Maj 1943 sobota 29.

Dziś przykra sprawa. Mimo ciągłych upomnień mężczyźni palą papierosy w miejscach gdzie nie wolno. Kilka razy zapowiadałem, że będę karać. Wczoraj wieczorem żandarmi schwytali Motylickiego (24). W mojej obecności odbył się sąd kapitana statku, uroczyście w galowych mundurach. Zamknęli go do aresztu na trzy dni. Chleb i woda. Bardzo to było oficjalnie, nie mogłem protestować.

Przesuwamy ciągle zegarki. Różnica z Bombajem jest już  trzy  i pół godziny.

Chłodno coraz bardziej. Dzieci nie mogą mieć już lekcji na pokładzie.

 

Maj , 1943 niedziela 30.

Rano nabożeństwo o dziesiątek z drugiej strony pokładu, bo z tej co zwykle jest za zimno. Jesteśmy już bardzo blisko lądu i płyniemy na wschód. Dziś już skończył się ocean Indyjski, płyniemy po oceanie Południowym. Ocean surowy, zimny i pełno grzyw -fal –białe.  Jesteśmy blisko lądu, pewnie koło Fremantle (25), bo wiele ptaków leci za statkiem, już nie albatrosy tylko. Nasz australijski torpedowiec-towarzysz zmienił pozycję, płynie po lewej stronie naszego Hermitage, między nami a lądem.

Dziś wieczorem, po nabożeństwie majowym miałem pogawędkę dla ludzi o Australii. Słuchali bardzo uważnie.

Co za zbieg okoliczności. W ciągu dwóch lat spotkam się dwa razy z Perth: jednym w Szkocji, drugim w Australii.

 

Maj, 1943 poniedziałek 31.

Jesteśmy na Oceanie Południowym.  Płyniemy wzdłuż południowych wybrzeży Australii. Zimno bardzo. Na pokład nawet wyjść trudno. Morze stalowe, niespokojne. Chmury na całym niebie. Widać gdzieniegdzie deszcze przechodzą.

Jutro w południe mamy być w Melbourne. Dziś kapitan statku wysłał dla mnie message (26) do Gruszki (27) w Sydney. Myślę, że w środę będzie na statku.

Ostatnie nabożeństwo majowe.

Ciągle mam skargi i kłopoty z tym Mucem (28), przedstawicielem ludowców. Cóż za ludzi powybierał sobie ten Kot (29).

Czerwiec ,1943 wtorek 1.

Nigdy jeszcze tak nie rzucało jak dziś w nocy. Walizki latały po kabinie. O ósmej rano fryzjer, pan Vogel (30) oświadczył mi, że widać ląd.

O jedenastej wpływamy do zatoki. O pierwszej stajemy na redzie. Przyjeżdżają piloci, dwa holowniki. Dostaję pozwolenie wysiadania na ląd.

O drugiej wysiadają pasażerowie do Australii. O czwartej jak wychodzę na ląd australijski wiatr, deszcz i zimno. Kolejką w siedem minut jestem w mieście-  City. Proste ulice, wysokie kilkunastopiętrowe kamienice. Myślę, że Melbourne to New York w miniaturze. Pełne sklepy, śliczne wystawy.  Nie widać biednych ludzi. Tu wygląda, że kobiety (bo wszystko tu robią kobiety), które zamiatają ulice mają manicure.

Gdy się ściemnia idę do kina. Życie Mitchel’a twórcy Spitfire. Potem kolacja w Australijskim Hotel. Miasto bogatych ludzi i szablonu – oto pierwsze wrażenia Melbourne. Wracam o dziesiątej wieczór na nasz Hermitage do mej miłej kabiny.

Nigdy nie myślałem, że będę w życiu w Melbourne.

 

Czerwiec ,1943 środa 2.

Melbourne. Dziś zimowy, piękny słoneczny dzień. Wychodzę dość późno ze statku z płatnikiem statku. Jedziemy do konsulatu amerykańskiego. Wizyta u konsula generalnego mr. Erle R.Dickover i konsula Fud W. Jandrey. Zmieniam pieniądze mr. Gribbl- Commonwelth Bank. Wracam na statek. Po południu wizyta u konsula honorowego pana Burke-Flinker (31).

Otrzymuję polecenie do Czerwonego Krzyża australijskiego. Jestem w Muzeum. Zwiedzam przemysł australijski i faunę i florę. Doskonale zorganizowane muzeum. Już Block-aut. Idę do kina „Firt of the Few” życie Mitchel wynalazcy Spitfire aktuality. Kolacja w Mensis Hotel. Ciekawa rozmowa z przypadkowym Australijczykiem.

Wrażenie niesłychanie wysoki standard życiowy kraju. Bardzo czysto. Kraj kultu pracy. Życie zmechanizowane. Wielki ruch, ożywienie. Sztuczne prosperity wojenne.

Czerwiec ,1943 czwartek 3.

Znów piękna pogoda, jestem w czerwonym krzyżu. Spotkanie z menager dr. Richinson. Jadę na statek z miłą driverką (32), piękna dzielnica Melbourne. Odwiedzamy ludzi moich. Harcerze przyj. kapitan. Wracam do miasta z panem Tobolowskim. Śniadanie Żydzi przedstawiciele emigracji : pan Tobolowski, pan Waks (33)– Bund, pana Salomon – Sjonista, pan Zalcman. Jedziemy dla dzieci po cukierki. Jeszcze raz Czerwony Krzyż , pan Mivis – vice prezes zna Poklewskiego. Pan Zalcman odwozi mnie na statek. Odbieramy dary z Czerwonego Krzyża, które są naprawdę doskonałe. Wracam do miasta stąd. Fabryka chemiczna pana Zalcmana. Ostatnia wizyta u pana Burke- siedmioro dzieci i dwudziestu trzech wnuków – miły staruszek. Kolacja u pana Zalcmana na St Kidla Rd i odwozi mnie na statek – Princes Pier (34).

Jutro chyba wyjeżdżamy.

Czerwiec ,1943 piątek 4.

Melbourne. Od rana widać, że dziś odjeżdżamy. W doku przy którym stoimy, Princes Pier życie już zamarło. O dziesiątej rano podnoszą mostek. Ruszamy, ciągnięci przez holowniki. Powoli maleją doki i domy, portu Melbourne, który nas żegna słońcem. Długo jeszcze widać amerykańską flagę na gmachu SOS amerykański i jakiś wysoki drapacz chmur w mieście. Płyniemy znów zatoką Melbourne, z dala widać brzegi. Piękne lasy. Około drugiej zatoka się zwęża, mijamy przylądek Port Philip i wchodzimy na pełne morze. Morze niespokojne. Rzuca ogromnie, zwłaszcza pod wieczór. Pochmurno, zimno. Ocean Południowy.

Mówi mi kapitan statku, że dla ostrożności obchodzimy od południa Tasmanię i Nową Zelandię. Zajdziemy do Wellington od wschodniej strony.

 Czerwiec ,1943 sobota 5.

Ocean Południowy.

Znów wszystko wraca do normalnej rutyny. Ale oczywiście nie obchodzi się bez zgrzytów. Znów za palenie papierosów i nieposłuszeństwo jeden z mych rodaków idzie na pięć dni do aresztu.

Zmienili się podróżni. Australijczycy wysiedli. Mamy US marines. Bohaterzy z rocznych już walk z Japończykami na północnych wyspach Australii – Guadalcanal i wyspy Salomona. Robią wrażenie żołnierzy Legii Cudzoziemskiej. Są to chorzy i ranni, którzy wracają do Stanów. Opowiadają o ciężkich warunkach walk z Japończykami, nie bardzo kochają Mc Artura.

Jest także 600 młodych lotników australijskich, szkoła kadecka. Jada na dalsze przeszkolenie i po sprzęt do Kanady. Znów nowy nastrój na statku. Bardzo burzliwe morze.

 

Czerwiec ,1943 niedziela 6.

Tasman Sea.

Dziś spokojna niedziela. Morze gładkie. Bardzo mało kiwa statkiem. Zimno na pokładzie, pochmurno. Widno dopiero o ósmej trzydzieści rano, zachód słońca o siedemnastej. Niebo zakryte chmurami. Daleko na południe jakieś odblaski, jakby zorzy porannej. Jesteśmy na 46° szerokości południowej. Płyniemy na południowy wschód, dookoła Nowej Zelandii. O 10 rano Msza święta. Wieczorem miałem pogadankę o wkładzie Polski w wojnę.

Przed chwilą wróciłem od com. Wikynst (35). Opowiadał o Polinezji, o Samoa, o pięknych ludziach tam żyjących, o ich urodzie i zdolnościach pływackich. Małą łodzią potrafią setki mil przepływać od jednej wyspy do drugiej. Zna amerykańskie wyspy Polinezji, Samoa, wreszcie wyspy koła kanału panamskiego.

Czerwiec ,1943 poniedziałek 7.

Wpływamy na Pacyfik.

Jesteśmy dziś w najbardziej południowym punkcie naszej podróży, 48° szerokości południowej koło wyspy Steward, którą opływamy od strony południowej. Rano pogoda, słońce, bardzo zimny zimowy dzień. Po południu znowu pochmurno. Morze w dalszym ciągu spokojne.

Dziś zachód słońca o czwartej po południu. Rano odprawa grupowych, a potem odczyt jednego z misjonarzy kanadyjskich o Chinach.

Nigdy nie sądziłem, ze losy życiowe zawiodą mnie aż tak daleko, gdzieś na południowe morza, na południe od Australii i Nowej Zelandii. Beatko, to droga do Ciebie.

W środę rano mamy być w Wellington. Od tej chwili ma być cieplej. Jeszcze 22 do 24 dni podróży. Jak to jeszcze długo…

Dziś wpływamy na największy ocean na świecie – PACYFIK.

 

Czerwiec ,1943 wtorek 8.

Dziś definitywnie jesteśmy już na Pacyfiku. Okrążamy Nową Zelandię. Rano widać było kontury wyspy Steward, gdy przepływaliśmy zatokę Feraux. W ciągu całego dnia kontury Alp Południowych Południowej Wyspy Nowej Zelandii. Zwłaszcza odcinały się ostro szczyty górskie na tle pięknie zachodzącego słońca. Słońce zachodzi dziś z lewej strony statku odwrotnie niż co dzień – dowód, że idziemy na północ. Morze zupełnie spokojne, co podobno w tych stronach jest o tej porze roku rzadkie niesłychane.

Od południa rozmaitości na statku. O trzeciej dzieci nasze żegnały miłych Zelandczyków. Pułkownik Zelandzki i ja mieliśmy przemówienia. O siódmej mój odczyt o Nowej Zelandii. O dziewiątej żołnierze nowozelandzcy dali koncert na harmonii. Byli oni razem z naszem wojskiem pod Gazalą.

Jutro rano mamy być w Wellington.

Dziś po południu mieliśmy gościa. Przyleciał Hudson . Mówią, że z pobliskiego lotniska.

 

Czerwiec ,1943 środa 9.

Wellington.

Rano widoczne kontury gór południowej wyspy Nowej Zelandii. Piękne stoki wulkanu pokryte śniegiem. Koło dziesiątej znów trochę bardziej niespokojnie – wchodzimy w cieśninę Cooka. Na nasze spotkanie wylatują samoloty. Widać już i północną wyspę. Chłodno, ale także słońce. Teraz wchodzimy przez wąskie przejście port Nicolson w zatoce Wellington. Wrażenie- jezioro Czterech Kantonów. Mijamy poszczególne zatoki. Wreszcie skręcamy w lewo. Pięknie na górze amfiteatralnie położony Wellington. Bardzo to barwne. O dwunastej jesteśmy w Kong’s Nurf.

O czwartej jestem w Konsulacie. Prof. Wodzicki (36) i Pani Wodzicka (37) zajęli się od razu memi sprawami. Jestem w konsulacie amerykańskim. Beatko ! Dostaję w pięć minut wizę do USA. Wizyta Wodzickich na statku. 15 skrzyń prezentów.

Kolacja u państwa Wodzickich.

 

Czerwiec ,1943 czwartek 10.

Rano Konsulat, formalności i sprawunki. O jedenastej trzydzieści wizyta Wodzickich u kapitana statku. Potem Wodzicki i ja mamy wizytację harcerzy i dzieci. Ksiądz i ja jesteśmy na obiedzie u Państwa Wodzickich. Ksiądz z Wodzickim są u biskupa Wellingtonu. Ja z Panią Wodzicką załatwiamy sprawunki na mieście. Miasto – małe osiedle szwajcarskie. Małe drewniane domki z powodu częstego trzęsienia ziemi.

Po południu wizyty z Wodzickimi: sir Henry Batterbee- Wysoki Komisarz Brytyjski, Mr. A.D. McIntosh – sprawy zagraniczne, Mr. Foss Slanahan- sprawy bezpieczeństwa. Hon Walter Nash minister finansów i poseł w Washingtonie- sława imperium. Sanacja finansów Nowej Zelandii.

Koncert na Uniwersytecie. Kolacja u państwa Wodzickich.

Kraj o wielkiej przyszłości. Może jeszcze pomieścić wiele ludzi. Sprawnie rządzony. Demokratyczne stosunki. Wpływ Wielkiej Brytanii większy niż sądziłem.

 

Czerwiec ,1943 piątek 11

Pacyfik

Liczyłem, że będziemy jeszcze jeden dzień w Nowej Zelandii. Tymczasem budzę się z uczuciem, że ruszamy. Pan Vogel mówi mi, że jedziemy. Wodziccy zostaną zamiast mnie puste miejsce po Hermitage  w King’s Nurf. Gdy wychodzę na pokład, już nie widać pięknego Wellington. Wyjeżdżamy znów pośród gór. O dziesiątej wszystkich spędzają z pokładu ćwiczenia artylerii, karabinów maszynowych statku.

Nowi pasażerowie. Tym razem same mieszane narodowości, przeważają Amerykanie. Wieziemy nowych 3000 żon. Rozdaję olbrzymie ilości prezentów, jakie dali naszym ludziom dobrzy Nowozelandczycy.

Piękna pogoda. Ocean spokojny. Jakiś on inny niż morza które dotąd widziałem. Bardziej niebieski. Powoli giną za nami wybrzeża Nowej Zelandii. Płyniemy na północny wschód. Towarzyszą nam dwa samoloty, dużo delfinów i … wielkie albatrosy..

(dodatkowa kartka) 180° długości, 39° szerokości  południowej

Dziś znów piątek, znów 11 czerwiec 1943 roku. Zabawne to przeżywać. Tak posuwając zegarki skracaliśmy tak dalej, że doszliśmy do całego dnia.

Dzień dziś pochmurny. Rano deszcz ulewny. Zebranie w południe w sprawie występu naszych dzieci na pożegnanie w St. Francisco.

Bo wiem, że to będzie St. Francisco i to już za dwa tygodnie. Płyniemy bowiem bez zatrzymywania. Ani Samoa ani Hawai. Z jednej strony żałuję, ale może to i lepiej, bezpieczniej, a przede wszystkim prędzej zobaczę Beatkę.

I tak w tym roku przeżyje 366 zamiast 365 dni.

A więc naprawdę to Pacyfik. Południowo zachodnia jego część. Czuje się inne kołysanie niż dotychczas, takie długie fale, powolne, istotnie to Ocean Spokojny. Jakby Majestatyczny w swym ogromie.

Takie to myśli w ten drugi piątek, 11 czerwca 1943 r.

 

Czerwiec ,1943. Sobota 12.

Pacyfik – Rocznica naszego ślubu. Beatka jest moją od trzech lat…

Statek nasz posuwa się w kierunku południowo wschodnim. Zbliżamy się do tropików. Czuje się to w powietrzu. Od rana jakby ciągłe powiewy wiosny. I niebo wygląda tak jak u nas w marcu. Przemijające chmury, a w niektórych miejscach wyraźne smugi deszczu. Widać, że wyspy gdzieś niedaleko, bo oprócz albatrosów pełno leci koło statku różnego ptactwa.

I na statku wiosenny nastrój. Ludzie chętniej wychodzą na pokład , nawet pan Vogel strzeże rodaków.

Beatko – trzecia rocznica naszego ślubu. Rano wysłuchałem Mszy świętej.  Cały dzień przygotowywałem odczyt o Polinezji i myślałem o Tobie, o nas, o naszym zbliżającym się przyszłym życiu. Beatko, nasze szczęście chyba już blisko.

Anglicy zajęli wczoraj Pantellarię (38).

 

 

Czerwiec ,1943. niedziela 13.

Pacyfik.

Zielone Świątki. Ostatnie też spędziłem na morzu. Wtedy był Atlantyk. Co będzie w przyszłym roku?

Msza święta o dziesiątej. Uczestniczył też kapelan amerykański. Dodawał powagi naszemu młodemu księdzu. Wietrzno bardzo. Wiatr południowy więc ciągle dość chłodno.

Dziś wieczorem miałem pogadankę o Pacyfiku i Polinezji. Ta wojna o Pacyfik to osobny problem, długi bardzo. Wieczorem pan  Prysweranz (39) opowiadał o swoich przejściach w więzieniach sowieckich. To specjalny świat.

Dziś wiadomość, że Anglicy zajęli wyspę Lampedusa.

 

Czerwiec ,1943. poniedziałek 14.

Pacyfik.

Jeszcze cieplej. Wszyscy pasażerowie wylegli na pokład, wygrzewają się w południe na ciepłym słońcu. Pod wieczór chmury też nabierają podzwrotnikowych kształtów i kolorów. Widać przechodzące deszcze.

Poznałem dziś i spotkałem z panią Tyszkiewiczową, p. Mrs. Batterbee, synową British High Commissioner Nowej Zelandii. Mąż jej służy w Marine corps brytyjskim, jest w Egipcie. Nie widziała go trzy lata, a pobrali się na pięć miesięcy przed wojną. Beatko, coś tak jak my.

Wieczorem bridge i majong (40) . Uczył mnie Mr. Tien, Chińczyk, towarzysz podróży.

Myślę, że zbliżamy się do Zwrotnika Koziorożca. Wcale nie widać ptaków. Widać jesteśmy daleko od wysp.

 

Czerwiec ,1943. Wtorek 15.

Pacyfik.

Ciepło zupełnie, a nawet chwilami gorąco. Wszyscy oficerowie i żołnierze znów powdziewali letnie stroje.

Cała moja polska gromadka zajęta przygotowaniem występu, który ma być pożegnaniem dla kapitana, oficerów i załogi statku.

Wieczorem bridge. Poznałem marszałka lotnictwa australijskiego.

Za dziesięć dni mamy już być w Ameryce. Pewnie Los Angeles będzie nasz port.

Mimo wygód jakie mam na statku i względów jestem podróżą tą już zmęczony. Ale trzeba się trzymać.

 

Czerwiec ,1943. Środa 16.

Pacyfik  5° szerokości południowej.

Dziś rano przepłynęliśmy między dwoma małymi wyspami. Jedna z nich większa była blisko nas, także widziałem owe sławne laguny koralowe obrośnięte palmami kokosowymi. Jesteśmy blisko równika. Dziś gorąco, a właściwie duszno. Morze gładkie jak stół. Ciemne chmury wokoło. Atmosfera równika. Ta duszność przypomina mi monsun w Indiach. Jak było mi ciężko w roku zeszłym. Wyspy, które minęliśmy nazywają się Markizy, należą do Francuzów. Ostatnie wyspy Polinezji wysunięte najbardziej na wschód.

Niesłychanie ciekawe uczucie być na Pacyfiku. Bo teraz jestem na samym jego środku.

 

Czerwiec ,1943. Czwartek 17.

Pacyfik równik 132° długości zachodniej

Budzę się rano z pięknym słońcem. Morze jak lustro. W południe gorąco.

Przy bardzo spokojnym morzu pozwolili otworzyć okna w Sali jadalnej moich ludzi. Jest wobec tego znośnie.

Po południu kapitan wydał dobrodziejskie zarządzenie. Wolno spać na pokładzie. Wobec tego, że na pokładzie B jest za mało dla wszystkich miejsc pozwoliłem na pokład wyjść tylko matkom z dziećmi. To jest dobrodziejstwo dla dzieci.

Sam z tego zarządzenia korzystam. Nie co dzień w księżycową noc (pełnia) przejeżdża się przez równik na Pacyfiku. Znów widzę Krzyż Południa. Beatko, to dobry znak dla nas, że znów wracam na północną półkulę z Krzyżem Południa widocznym. Dlaczego z Tobą nie mogę patrzeć na tą błyszczącą toń morza. Ale już niedługo !!!

Czerwiec ,1943. Piątek 18.

Pacyfik.

Dziś rano pewne zaniepokojenie. O 8 rano na horyzoncie ukazał się jakiś duży statek. Natychmiast rozpoczęła się sygnalizacja. Okazało się, handlowy statek amerykański.

Pogoda wspaniała. Miły, północny już wiatr ochładza czyste powietrze. Jak miło mimo, że jesteśmy prawie na równiku. Niebieskie morze i pełno latających rybek. Ale jakieś ciemniejsze, mniej ładne niż te na Atlantyku.

Jesteśmy daleko od lądu. Ptaków ani śladu. Środek Pacyfiku. Piękna księżycowa noc.

 

Czerwiec ,1943. Sobota 19.

Rano ładnie. Ale to słońce to zdradliwe.

Na górnym pokładzie mamy dziś próbę przedstawienia dzieci. Jeszcze nie bardzo są przygotowane.

Pod wieczór smutna uroczystość. Umarł na statku jeden z ciężko chorych marines, którzy ewakuowani są z Guadalcanal. Na końcu deku B, gdzie umieszczona jest największego kalibru armata umieszczono zwłoki. Pokryte są amerykańską flagą. Warta honorowa obok. Obok trumny oficerowie, kapitan statku. Ksiądz protestancki odmawia modlitwy. Potem potrójna salwa warty honorowej. „We commit his body to the deep”. Zwłoki zsuwają się do morza. Wszyscy salutują. Flaga na statku opuszczona. Flaga zostaje i będzie oddana rodzinie.

 

Czerwiec ,1943. Niedziela 20.

Ostatnia niedziela na statku. Ocean od tygodnia jak tafla. Teraz rozumiem dlaczego nazywa się Spokojny. Rano słońce, po południu pochmurno i nie bardzo miły dzień.

Wieczorem jak zwykle na decku rozmyślam nad wszystkim co mnie otacza, co mnie czeka.

Co zrobiłem od czasu wyjazdu z Bombay:

  1. Przewiozłem 706 ludzi z Indii do Meksyku. Porządnie, zgodnie, nic jak do tej pory się nie stało.
  2. Dopełniłem części pamiętnika.
  3. Uzupełniłem mój angielski o ile mogłem.
  4. Poznałem duszę Polaka, który był w  Rosji.
  5. Poznałem dość dobrze teoretycznie Australię, Nową Zelandię i Polinezję. Praktycznie: Melbourne, Wellington i cały Pacyfik od południowego  zachodu do północnego wschodu.
  6. Przygotowałem się do Meksyku.

 

Czerwiec ,1943.Poniedziałek 21.

Podobno dziś w nocy były jakieś niepokoje. Nic o tem nie słyszałem. Wszyscy mamy zaufanie do naszego kapitana.

Odchodzimy widać od równika, bo coraz chłodniej i właściwie znów powinno się włożyć ciepłe ubranie.Jak niesłychaną łapczywość wytworzył w tych Polakach pobyt w Rosji. Każdy kto ma czy nie ma ubiega się o jakieś ubranie. Wytwarza to jednocześnie przyzwyczajenie do darmochy – bardzo niepedagogiczne.

Wieczorem w Sali jadalnej miałem odczyt o Meksyku – duże zainteresowanie. A kończę dzień jak zwykle wieczorem na pokładzie – zimno i wietrzno. Znów widać Wielką Niedźwiedzicę.

 

Czerwiec ,1943.Wtorek 22.

Pacyfik

Dziś od rana poruszenie. Dzieci nasze przygotowują przedstawienie- tańce ludowe. Rano z Karolkiem Tyszkiewiczem i Helą Kowalikówną byliśmy u kapitana ofiarować mu program.

O drugiej wszyscy zebrali się na pokładzie. Wszystko było oblepione żołnierzami i marynarzami. Z kapitanem zajęliśmy miejsca. Wstępem było moje przemówienie. Treścią – że dzieci i kobiety polskie na statku to rodziny ich towarzyszy broni.

Program to chór i tańce góralskie, kujawiak i krakowiak. Świetne kostiumy zrobione dopełniły powodzenia. Kapitan Townsend odpowiedział im po polsku!

Po przedstawieniu podwieczorek dla wszystkich, który wydał kapitan. Doskonała propagandowo była mapa Polski zrobiona przeze mnie.

Wieczór. Znów sam na pokładzie. Beatko jak blisko jestem Ciebie.

 

Czerwiec ,1943. Środa 23.

Dziś nastrój na statku przygotowania do przyjazdu – końca podróży. Rano powtórzenie przedstawienia dla Marines. Znów pełno Polaków- Amerykanów.

Po południu przedstawienie dają Marines i lotnicy australijscy.

Pod wieczór morze burzliwsze. Z dala ukazał się okręt. Sygnalizacja- statek amerykański idący do Panamy.

Wieczorem długa konwersacja z kapitanem w jego emergency cabine. Potem w salonie u kapitana …  (41)  australijski i pułkownik Hammer, który był w Grudziądzu w szkole kawalerii.

Potem znów Winguist i Borwood. Co będzie za trzy dni? Kiedy zobaczę Beatkę?

 

 

Czerwiec ,1943.Czwartek 24

Pacyfik

Od końca wczorajszego przedstawienia i ja zaczynam przygotowywać się do końca podróży. Pożegnania szeregu ludzi z którymi byłem blisko. Jak zwykle w takich razach wzajemne zapisywanie adresów, obietnice pisania itp. Wcale nie czułem, jak  przyzwyczaiłem się  do tego „Hermitage”, mojej kabiny, tych strasznych stopni, po których wiele dziennie biegałem z pokładu A na pokład D i F, tych oficerów, pasażerów, tych Marines.

Piękna pogoda, słońce, brzegów nie widać.

Ostatni wieczór na statku. Jak zwykle w nocy wychodzę na pokład. Ciemna bezksiężycowa noc. Ostatnia noc na Pacyfiku. Jutro Stany. A więc ja nareszcie będę w Stanach! I wszystko to prawda.

 

Czerwiec ,1943. Piątek 25.

San Pedro. Port Los Angeles

Spać nie bardzo mogłem. Wschód słońca wspaniały. Na statku już zupełne złamanie dotychczasowej dyscypliny. Trzy bombowce wylatują na nasze spotkanie. Mijamy wyspę. Chciałoby się ją dotknąć – czy aby na pewno amerykański ląd.

Wchodzimy do zatoki. Pełno cystern naftowych. O jedenastej przybijamy do mola. Widzę tłumy Amerykanów, zdaje się wśród nich Sokołowski (42). Czy aby Beatki nie ma , ale to chyba niemożliwe. Widząc kapitana żegnamy się i obiecujemy spotkać w życiu.

O dwunastej pierwszych wynoszą rannych, potem nasi uchodźcy pięknymi autobusami jadą do obozu. Ja wychodzę o trzeciej. Formalności, bagaż, pieniądze dla uchodźców. Odwozi mnie p. Dozer dyrektor urzędu Imigracyjnego. Las studni naftowych. Los Angeles 25 Rosslyn Hotel. Ameryka, Los Angeles, światła – jestem oszołomiony zupełnie.

 

Czerwiec ,1943. Sobota 26

Rano Rys Ordyński (43). Żydzi polscy. Przedstawiciele kolonii polskiej. Chodzę po ulicach wielkiego miasta w Ameryce. To wszystko nieprawdopodobne. Ta ilość samochodów, te drapacze chmur.

W południe z p. Zarembą i p. Bladys, obaj Polacy Amerykanie . Jedziemy przez Grifith Park wspaniały do C.C. Camp gdzie są nasze kobiety z transportu. Wspaniała droga. Ten dostatek. Te campingi robotnicze. W obozie doskonały nastrój. Kobiety poubierane w prezenty, które im Polacy amerykańscy przynieśli.

Jedziemy do obozu mężczyzn – Cangou. Kręcimy się po okolicy, wspaniała California. Raj na ziemi. Położenie obozu wspaniałe. Szkoda tylko, że druty i sąsiedzi Niemcy i Japończycy.

Powrót do Los Angeles, dzielnica chińska. Opowiadania o życiu tutejszym mych Polaków Amerykańskich.

Wieczorem z towarzyszami ze statku : Harrell, steward Ester, urządziłem się w największym hotelu Los  Angeles.

 

Czerwiec ,1943. Niedziela 27.

Los Angeles

Rano p. Doger swym pięknym Buickiem wiezie mnie pokazać miasto. Cudowny dzień. Przez miasto jedziemy do Gryffith Park do Obserwatorium. Cudowny widok na Los Angeles i Holywood. Potem w chińskim stylu Graumon studio stopy artystów. Wielki bulwar Sun-set. Trocadero. Fox studio. Columbia Broadcasting Co. Na ulicy spotkałem Ginger Rogers; Beverly Hill i hotel. Dzielnica aktorów; Apollo Hill W.Rayer – pisarz; Bel-air State; Uniwersytet Californijski; Dzielnica tanich mieszkań; Polo; Brzeg morski – plaża tysiące samochodów. Monica. Szpital wojskowy. Hotel Ambasador Bar – artyści.

Obiad z Ordyńskimi w głównym hotelu.

Wyjazd pożar. Długi pociąg. Okolice Los Angeles przy zachodzie słońca. Już w mroku widzę głęboki kanion rzeki Colorado. Wspaniałe to Hollywood przeraża bogactwem i dobrobytem.

Czerwiec ,1943 .Poniedziałek 28

Pociąg Los Angeles- El passo

Arizona: małe wzgórza, kraj pustynny. Pociąg nasz składa się z 12 wagonów zwykłych, 5 pulmanów dla dzieci i matek oraz pulmana dla administracji i dwa wagony restauracyjne. Administracja- szef biura emigracyjnego, trzy siostry amerykańskie; w każdym wagonie straż emigracyjna. Przejazd małej grupy organizował rząd USA bez zgody kongresu, stąd nie może wyjść do Kongresu sprawa tranzytu 706 polskich uchodźców przez terytorium USA.

Wjeżdżamy do New Mexico. Tereny naftowe. Ludzie się niepokoją. Obsługa naprawdę wspaniała. Jedzenie doskonałe. Tylko ta straż imigracyjna nieco peszy. Pan Wiesiołowski (44) jest teraz kierownikiem, niech on się martwi.

Czerwiec ,1943.Wtorek 29

Pociąg Los Angeles- El passo

Znów wzgórza skaliste, pustynia. Wjeżdżamy do Stanu Texas. O dziewiątej rano El Passo – granica. Pan Wiesiołowski idzie na miasto- zmiana pieniędzy. Poznaję panią Dalgiewicz (45). Te ciągłe kontrasty w ciągu mej podróży już nie robią na mnie wrażenia. El passo – to już meksykański charakter, przede wszystkim ludzie.

Uchodźcy moi w południe zmieniają pociąg na meksykański. O czwartej ruszamy. W parę minut przejeżdżamy rzekę Rio Grande del Norte- granica. Ciudad Juarez. Co za kontrast. Biednie, zaniedbanie, brudno, pełno żebraków. Przyjmują nas bardzo serdecznie. Rewizja paszportów, bagażu. Już tu dostaję gazetę z El passo z mym wywiadem. Polakami są tutaj Żydzi polscy od lat zamieszkali w Meksyku – obywatele meksykańscy.

O dziewiątej wieczorem ruszamy dalej.

Czerwiec ,1943. Środa 30

Pociąg Juarez – Leon

Chihuahua- okolica sucha, ale widać uprawa bawełny. Ciągle wzgórza. Trochę więcej zieloności i ciągle wspinamy się wyżej. Zwłaszcza pod wieczór krajobraz bardzo malowniczy: Torreon.

Pan Wiesiołowski bawi nas rozmową o Meksyku w którym jest 7 lat. Ciekawe te wspólne cechy Meksyku z Azją.

Obecnie cała służba i urzędnicy meksykańscy. Jest nawet przedstawiciel MSZ z Mexico City. Razem jadamy posiłki. Pierwszy kontakt dość nieśmiali, czuje się u nich kompleks niższości i obawę a równocześnie pewną nienawiść do amerykanów. Chcą być jak najmilsi.

Mamy kłopoty z uchodźcami, bo piją dużo piwa, które tu jest tanie i upijają się.

 

Lipiec ,1943. Czwartek 1.

Leon

Zbliżamy się do Leon. Śniadanie w restauracyjnym wagonie z urzędnikami meksykańskimi i amerykańskimi. Okolica bardziej żyzna, krajobraz Podkarpacia. W wagonie wita nas prof. Kelly (46). Od razu awantura. Osiedle nie skończone. Ludzie mają być przeniesieni do szkoły rolniczej w Leon do chwili ukończenia Santa Rosa. Urzędnicy meksykańscy nie chcą się zgodzić. Prof. Kelly przeprowadza.

Na dworcu nasi towarzysze bombajscy robią obstrukcję. Chcą od razu do hotelu. Autobusami uchodźcy jadą do szkoły. Mnie odwozi doktor Chrabołowski (47) do hotelu. Obiad w Mexico hotel z całym amerykańskim zarządem osiedla.

Lipiec ,1943. Piątek 2

Leon

Mieszkam w hotelu Condesa. Rano jestem w szkole wśród uchodźców. W południe jedziemy do Santa Rosa. Istotnie miłe otoczenie i do złudzenia przypominające Polskę – Podkarpacie i duże dworskie zabudowania. Świetny klimat w tym Meksyku. Niestety nie jest to skończone i ludzie muszą w Leon czekać najmniej 3-4 tygodnie.

Wieczorem w szkole żegnam się z memi uchodźcami. Czuję, że wobec nich spełniłem swój obowiązek. Dawno tak uczciwie nie pracowałem. Mam na krześle przemówienie. Żal mi się z niemi rozstać. Widzę ich wszystkich w słabem świetle lampy umieszczonej na górze patio. Po mnie mówi prezydent Leon. Mówi o tem, że Meksyk zawsze przygarniał prześladowanych uchodźców. Entuzjazm dla Meksyku wśród moich.

Lipiec ,1943. Sobota 3 

Pociąg Leon – Mexico City

O dziesiątej pięćdziesiąt osiem wyjeżdżam z Leon, z tej samej stacji na którą w czwartek przyjechałem. Okolice uprawne. Po obu stronach horyzontu góry. Silao- pierwsza stacja. Bardzo ludno, głodne psy, nawet stoły składane sprzedających na dworcu przypominają Indie. Irapuato- zmieniam pociąg. Dziki dość i malowniczy ten Meksyk – prymitywny także.

 

Przypisy:

[1] Henryk Stebelski ( 1904-1979) – polski dyplomata, przed wojną attache handlowy ambasady RP w Paryżu. Tam poznał swoją żonę, Elisabeth z d. Orlowski  (Beatkę) (1911-1994). W 1943 roku, kiedy powstaje dziennik małżonkowie są od trzech lat rozdzieleni przez wojnę ( wzięli ślub  w 1940 r). Spotkają się w Ameryce. Ich syn, Wojtek Stebelski urodzi się w lipcu 1944 r. i jest dwa miesiące starszy od mojego taty. Pan Henryk Stebelski został konsulem RP w Meksyku i pierwszym kierownikiem obozu w Santa Rosa.

[2] Dr Eugeniusz Banasiński –polski konsul generalny w Indiach w latach 1933-1944. Zarówno on jak i jego żona Kira bardzo ofiarnie zaangażowali się w pomoc polskim uchodźcom, przebywającym w Indiach.

[3] Kapitan statku, który wspominany jest bardzo ciepło przez Polaków nazywał się Townsend.

[4] Aktualna nazwa miasta to Mumbai

[5] Prawdopodobnie: Edward Sternbach (1974-1943)

[6 (?) Rudrof- prawdopodobnie Zofia Rudrof

[7] Norblinowie – Stefan Norblin (1892-1952) i jego zona Lena Żelichowska. Stefan Norblin – artysta plastyk, malarz, ilustrator i plakacista. Znany przede wszystkim dzięki modernistycznym i secesyjnym plakatom reklamowym oraz malowidłom i freskom  w stylu art. Deco.  W Indiach, dla maharadży Jodhpuru wykonał serię malowideł zdobiących wnętrze pałacu Umaid Bhawan, największej prywatnej rezydencji w tym kraju. Malował także portrety lokalnej arystokracji .Po wojnie osiadł na stałe w Stanach Zjednoczonych gdzie zarabiał na życie jako portrecista. Zmarł w San Francisco w 1952 (popełnił samobójstwo, ponieważ postępująca ślepota uniemożliwiła mu malowanie). Lena Żelichowska – aktorka. W kinie zadebiutowała w 1933 roku, u boku Ordonki w „Szpiegu w masce”. Szybko zdobyła popularność, zaliczano ją do największych gwiazd filmu i teatru. Ostatnią jej rolą była gwiazda kabaretu Kamilla, dla której tracą głowę „wszyscy” mężczyźni. Film wszedł na ekrany w czasie okupacji. W Indiach urodził się syn państwa Norblinów, Andrew Norblin, muzyk.

[8] Wanda Dynowska (1888-1971) polska pisarka, tłumaczka, działaczka społeczna, popularyzatorka teologii i filozofii hinduizmu w Polsce. Założycielka biblioteki Indyjsko – Polskiej. Jej życiowym celem było: „ Pokazać duszę Polski Indiom, choćby małej garstce ludzi żywych i otwartych… Pokazać duszę Indii Polakom, choćby nielicznym, szerokim i pozbawionym rasowych i religijnych przesądów, którzy kochają człowieka bez względu na to, jaką część świata zamieszkuje, którzy szanują i cenią twórczą myśl ludzką, bez względu na formy i symbole, w jakich się wyraża”. Angażowała się także w pomoc Tybetowi.

 [9] ???

[10] Reut- nie udało się ustalić żadnych szczegółów. W transporcie uchodźców nieznana jest pani Reut

[11] Karachi , obecnie (od 1947 r.) największe miasto Pakistanu, położone nad Morzem Arabskim

[12] Ksiądz  Zygmunt  Jagielnicki  (o. Przemysław) –  franciszkanin,  Od czerwca 1941 r. przebywał w łagrze. Po amnestii zwolniony, otrzymał nominację na kapelana ludności cywilnej w północnym Kazachstanie. W 1943 r. drugi kapelan dla uchodźców w Isfahanie. Kapelan osiedla w Santa Rosa  Jeden z głównych organizatorów szkolnictwa w obozie, od września 1943 r. do lutego 1944 kierownik kursów gimnazjalnych oraz komendant hufca. Po opuszczeniu Meksyku, jakiś czas pracował w Afryce północnej, osiadł w Wielkiej Brytanii.

[13] Tadeusz Lisiecki ( 1906 – 1978) – polski dyplomata, wicekonsul RP w Bombaju

[14] Leopold Słoniewski – agronom i podporucznik. Przed wojną dyrektor Banku Rolnego na Wołyniu. W Santa Rosa zajmował się administracją. Prawdopodobnie wyemigrował do USA.

[15] USS Hermitage – zwodowany w 1925 r. jako włoski liniowiec SS „Conte Biancamano”. W 1942 r. został internowany, uzbrojony i wcielony do amerykańskiej marynarki wojennej, służył jako transportowiec. Zwrócony Włochom w 1947 r.

[16] Hilary Julian Kolski (ur. 1903), kupiec. W 1944 r. uzyskał zgodę na osiedlenie się w mieście Meksyk. Po wojnie został w Meksyku.

[17] Mordka Poznański, kupiec. W czasie II wojny światowej znalazł się w Szanghaju, stamtąd przedostał się do Indii, zamieszkał w Bombaju. Po wojnie pozostał w Meksyku, mieszkał w Tijuanie, Baja California

[18] Jadwiga Kowalik (Kowalikowa) – wywieziona z córką i synem do Rosji, przez Persje i Indie przyjechała do Santa Rosa.

[19] Zofia Orłowska – nauczycielka. Na Syberii utraciła męża inżyniera- górnika, w Persji zmarła jej pięcioletnia wówczas córka, w Santa Rosa zmarł, w tragicznych okolicznościach jej jedyny syn – Witold. Do 1952 r. , to jest do wyjazdu ostatniej grupy opiekowała się polskimi dziećmi w Meksyku. Następnie wyjechała do USA, by osiąść ostatecznie w Wielkiej Brytanii, gdzie nadal zajmowała się wychowywaniem polskich dzieci.  Zmarła w 1995 r., w wieku 90 lat.

[20] Abandon ship- „opuścić statek”, ćwiczenie mające przygotować pasażerów do natychmiastowej ewakuacji.

[21] Destroyer – niszczyciel, okręt przeznaczony do takich zadań jak ochrona innych jednostek, zwalczanie okrętów podwodnych, lotnictwa itp.

[22] Reiti – nie udało się ustalić żadnych szczegółów.

[23] Czunking- Chongqing  - miasto w Chinach

[24] Motylicki nie znajduje się na żadnej liście mieszkańców osiedla Santa Rosa. Prawdopodobnie chodzi o Joachuma Motylewskiego (ur 1898), rolnika, wywiezionego do Rosji wraz z żoną i dwoma synami.

[25] Fremantle w czasie II wojny światowej jedna z najważniejszych baz marynarki wojennej Australii

[26] message – wiadomość

[27] Sylwester Gruszka (1893-1956) –  polski dyplomata , doktor praw. W 1936 r. konsul generalny i radca handlowy w Nowym Jorku. W latach 1941-1945 konsul generalny w Sydney. Po wojnie pozostał na emigracji w Australii, pełnił funkcję przedstawiciela rządu RP na uchodźctwie.

[28] Jan Muc (ur 1911) w trakcie kampanii wrześniowej 1939 dostał się do niewoli sowieckiej. Wywieziony do Rosji w 1940 r. W Teheranie zwolniony ze służby wojskowej. Podawał się za działacza ludowego.

[29] Stanisław Kot  (1885-1975) -  historyk, działacz ruchu ludowego, polityk. W latach 1941-1942 był ambasadorem  rządu  RP na uchodźctwie w Rosji, w latach 1942–1943 ministrem stanu na Bliskim Wschodzie,

w latach 1943– 1944 ministrem informacji. W lipcu   1945 roku powrócił do kraju i z ramienia  Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej był w latach 1945– 1947 ambasadorem w Rzymie. W 1947 roku ponownie wybrał emigrację. Od  1955 roku był przewodniczącym Rady Naczelnej   Polskiego Stronnictwa Ludowego na obczyźnie.

[30] Samuel Vogel (ur. 1890) –fryzjer. W 1930 r. wyemigrował z Polski do Austrii. W latach 1938-1939 więzień obozu koncentracyjnego w Dachau. Zwolniony z obozu, w 1940 r. wyjechał do Turcji, a stamtąd do Indii. W 1943 r. przyjechał wraz z żoną i córką do osiedla Santa Rosa. Po wojnie pozostał w Meksyku, mieszkał w mieście Meksyk.

[31] T.M. Burke-Flinker – od 1931 r. konsul honorowy RP w Melbourne.

[32] Driverką – od angielskiego driver- kierowca

[33] Jakub Waks (1891-1956) – działacz Bundu. Urodził się w Białymstoku, w zamożnej rodzinie chasydzkiej. Od czternastego roku życia czynnie popierał organizacje rewolucyjne. W wieku 16 lat po raz pierwszy został aresztowany . W 1912 roku zorganizował strajk szkolny protestując przeciwko działaniu władz wymierzonych przeciwko jednemu z nauczycieli, działaczowi socjalistycznemu. Do wybuchu II wojny światowej  mieszkał i działał w Białymstoku.  Na początku 1940 r. przyjechał do Melbeurn, gdzie szybko stał się jednym z głównych działaczy Bundu i założycielem dziennika Unser Gedank. Pod koniec wojny nawiązał bliskie stosunki z Arturem Calwell, ministrem ds. imigracji w rządzie Chifley. Pomógł w przesiedleniu nowych imigrantów. Brał wiodącą rolę w żydowskiej Opieki Społecznej. W 1948 roku był delegatem na Światową Konferencję Bundu w Nowym Jorku i na pierwszą  Światową Konferencję  Kultury Jidysz.. W 1955 roku był delegatem na III Światowej Konferencji Bundu w Montrealu.

[34] Princes Pier – dok/ molo przy którym cumował statek, nazwany tak na cześć  księcia Walii Edwarda, który w 1920 r. odwiedził Melbeurn.

[35] Com Wikynst – ????- komandor(?) Wikynst

(36) Kazimierz Antoni Wodzicki (1900-1987)- polski zoolog, ornitolog i dyplomata. Przed wybuchem II wojny j profesor na SGGW, po wojnie wykładał  na Victoria University w Wellington.W latach 1941-1945 konsul generalny RP w Nowej Zelandii. Organizował wyprawy badawcze na wyspy Oceanii,  gdzie prowadził między innymi badania nad głuptakiem australijskim. W 1944 roku, dzięki jego i jego małżonki  zabiegom dyplomatycznym  oraz wielkiej przychylności ówczesnego premiera Nowej Zelandii Petera Frasera, władze tego kraju podjęły decyzję o przyjęciu i zaopiekowaniu się 733 dziećmi z Isfahanu (i ponad 100 osobami personelu pomocniczego – m.in. nauczycielami, lekarzami). Od nazwy miasteczka, w którym utworzono specjalny obóz nazwano je „dziećmi z Pahiatua”.

 

[37] Maria Wodzicka – zona Kazimierza. W czasie II wojny światowej była inspektorką Polskiego Czerwonego Krzyża w Nowej Zelandii. W 1944 r. pełniła także funkcję delegatki Ministerstwa Opieki Społecznej w Nowej Zelandii.

[38] Pantellaria- wyspa położona na południe od Sycylii, była bardzo mocno ufortyfikowana. W czerwcu 1943 r. Brytyjczycy najpierw, przez kilka dni zrzucili ponad 14 000 bomb. Zniszczono wszystkie drogi komunikacyjne, prawie połowę stanowisk amunicji i schronów. Dzięki tak zmasowanemu atakowi, kiedy wylądowali pierwsi komandosi, Włosi od razu się poddali. Winston Churchill, wspominał, że jedyna brytyjską ofiarą był człowiek którego ugryzł muł.

[39] Prysweranz ????

[40] Majong- (mah jongg) – chińska gra, często dla 4 graczy.

[41] Fragment nieczytelny

[42] Władysław Sokołowski (ur. 1892) doktor praw, dyplomata polski, w służbie zagranicznej od 1919 r. ; początkowo w Konsulacie generalnym w Nowym Jorku ( 1919-1922), w Poselstwie RP w Paryżu ( 1922-1926), w centrali MSZ (1926-1931), radca ambasady RP w Waszyngtonie (1931-1936).

[43] Ryszard Ordyński (1878-1953) polski scenarzysta oraz reżyser teatralny i filmowy.

[44] Aleksander Wiesiołowski- dyplomata polski, w służbie od 1931 r., pracował w poselstwie RP w Meksyku (1931-1936), następnie oddelegowany do Konsulatu Honorowego w Bogocie, Kolumbia (1936-1940), ponownie w poselstwie RP w Meksyku, ale w związku z chęcią wstąpienie do Wojska Polskiego, zwolniony ze służby, nie przyjęty ze względu na stan zdrowia, wrócił do dyplomacji. W okresie 1941-1942 konsul w konsulacie generalnym RP w Chicago. Poselstwo RP w Meksyku 1942-1944,w 1945 charge d’affaires w poselstwie RP w Bogocie. Uczestniczył w konferencji w San Francisco jako delegat ministerstwa informacji i dokumentacji

[45] Irena Dalgiewicz- przedstawicielka Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej w osiedlu Santa Rosa.

[46]  Eric P. Kelly – profesor Uniwersytetu Dertmouth w Hanover, New Hempshire, USA. Działacz YMCA. W 1943 r. mianowany przez ambasadę USA w Meksyku referentem ds. uchodźców polskich w Meksyku.

[47] Samuel Chrabołowski (1911-1965) doktor medycyny.

Dodaj swój komentarz

komentarz(y)

{ 2 komentarzy… przeczytaj je poniżej lub dodaj nowy }

theresa sokolowska Styczeń 26, 2012 o 7:24 pm

Dziekoje za dziennik Henryka Stebelskiego z radoscia czytalam i wspominalam moj przyjast ale drugim transportem. Pani Kowalik miala dwe curki i syna tylko Hela zyje w Kaliforni. Pani Orlowska byla razem ze mna w Meshedzie gdzie jej cureczka zmarla i razem ze mna przyjechala do Teheranu.
Wspanialy dziennik.

Odpowiedz

Asia Styczeń 26, 2012 o 9:51 pm

Pani Teresko, to ja bardzo dziękuję za Pani komentarz!!!! I proszę o więcej!!! Jest Pani przecież jedną z głównych bohaterek opowieści o Santa Rosa.

Odpowiedz

Zostaw komentarz