Bohaterowie z Santa Rosa

Edward Gumplowicz

Cała historia być może nigdy by się nie wydarzyła, gdybym nie pojechała do Koszalina na pokaz filmu Sławomira Grunberga, a potem razem z nim i Katką Reszkę  (producentami filmu o Santa Rosa) nie przegadała pół nocy. Do domu wróciłam nad ranem i poszłam do pracy.

Musiałam wyglądać, delikatnie mówiąc nie najlepiej skoro zaczepiła mnie koleżanka z pytaniem jak było na imprezie.  Zaczęłam  opowiadać: że to nie impreza, że film, że Santa Rosa, że moja rodzina, że Meksyk.  A moja koleżanka przyglądała mi się z rosnącym zdziwieniem.  I jeżeli jesteście w tej chwili przekonani, że na koniec   powiedziała coś w rodzaju: „ale niesamowita historia – Polacy w Meksyku???!!” – to od razu wyprowadzę Was z błędu. Powiedziała (cytuję):

”  ale ja tą historię JUŻ SŁYSZAŁAM”.

…….

W ten właśnie sposób trafiłam na ślad Ani Gaweł, która jakiś czas wcześniej opowiedziała Monice, mojej koleżance z pracy o Santa Rosa. I o tym, że w Meksyku urodziła się jej mama i ciocia.

Następnego  dnia siedziałam z Anią na Wałach Chrobrego w Szczecinie i opowiadałyśmy sobie nasze rodzinne historie.  Zachwycałyśmy się wspólnymi wspomnieniami z dzieciństwa ( Meksyk przemawiał  do wyobraźni każdego dziecka wychowywanego w Polsce w latach 80/90-tych). Te wszystkie skórzane kufry, sombrera, osiołki, dobrzy ludzie i słońce były tak ważne, że dopiero  kiedy zbierałyśmy się do domu zapytałam Anię, czy słyszała o jakiś innych rodzinach, które wróciły z Santa Rosa do Polski.

Ania o nikim takim nie słyszała..

Odparłam, że moja rodzina też nie ma z nikim kontaktu.  Tata zapamiętał  z powrotnej podróży tylko jedno nazwisko. … . ale niestety nie wiem ani  gdzie ci ludzie mieszkają ani co się z nimi stało po powrocie. Gumplowicz…

Ania:  Gumplowicz??? Przecież Gumplowicz to mój dziadek!!!

Dziadkowie Ani : Edward Gumplowicz i Teresa Jaskold poznali się  w drodze do Santa Rosa (prawdopodobnie podobnie jak moi dziadkowie przybyli pierwszym transportem). W Santa Rosa  wzięli ślub. W Meksyku urodziła im się dwójka dzieci: Stanisława (12.11.1945) i Janina (11.05.1947). Pani Teresa trafiła do Meksyku z mamą – Heleną i bratem Staszkiem. Staszek wyemigrował do USA, gdzie do dziś mieszka. Drugi brat pani Teresy, Bolek nie popłyną do Meksyku  (tak jak brat mojej babci Aliny) – walczył na froncie, został lotnikiem Po wojnie zamieszkał w USA.

W 1948 r. państwo Gumplowicz wrócili do Polski, wraz z nimi wróciła mama pani Teresy.  W Szczecinie urodził się ich syn- Roman.

Rodzina Gumplowicz

Ostatnio rodziny Gumplowiczów i Wiercińskich spotkały się na statku płynącym z USA do obozu w Lubece. Teraz, spotkają się na premierze filmu – 20 czerwca.

Z Anią od owego pamiętnego spotkania sprzed 2 lat, mam częsty kontakt.

Zauważyłam, że zawsze jak do siebie dzwonimy to niezależnie od tego na jaki temat zaczynamy rozmowę i tak prędzej czy później schodzimy na Santa Rosę i Meksyk.

A przez te wspólne dziecięce wspomnienia mam wrażnie jakbym ją znała od bardzo, bardzo dawna.  I nie dziwię się Monice, że myśłała, że opowiadam jej drugi raz tą samą historię.

Zdjęcia pochodzą z archiwum Ani.

 

 

{ 2 komentarzy }

I Grupa w Santa Rosa

Pierwsza grupa uchodźców,   17 maja 1943 r. opuściła Indie aby po ponad miesięcznej podróży  1 lipca dotrzeć do Leon…

Z dziennika Henryka Stebelskiego…

Maj, 1943 poniedziałek, 17 .

O dziesiątej  rano podnosimy kotwice. Statek powoli rusza. Widać, że port Bombay zaminowany. Wychodzimy z portu bardzo krętą drogą. Bombay raz się zbliża, raz oddala.

Mijamy szereg większych i mniejszych wysp. Wreszcie koło południa statek zaczyna pracować na pełnych obrotach. Około czwartej, ginie ląd. Do widzenia Indie. Czy jeszcze kiedykolwiek w życiu będę w Indiach?  Spędziłem ciekawe 10 miesięcy.

Maj, 1943 wtorek, 18.

Pełne morze. O dziewiątej msza święta na pokładzie B. O drugiej pierwsza próba opuszczania statku: „Abandon ship”. Idzie to jeszcze bardzo nieskładnie. Bardzo gorąco jest i duszno. Wieczorem z trudem można zagnać ludzi do wnętrza statku. Będą z tym kłopoty.

O siódmej w sali jadalnej pierwsze nabożeństwo majowe. Ogromnie gorąco. Po dziewiątej w Troop Office pierwsze moje zebranie z oficerami statku.

Maj, 1943 środa 19

Morze coraz bardziej wzburzone. Ludzie zaczynają chorować na morską chorobę. Kapitan statku zaprosił mnie na pierwszą rozmowę do swego mieszkania. Siedmioro dzieci było u niego na lodach. Jutro zaprosił ich trzydzieścioro .

Najtrudniej zorganizować pracę w kuchni. Czynię to przy pomocy por. Słoniewskiego-ten będzie zdaje mi się  najbardziej pomocny.

Maj, 1943, czwartek 20.

Nasz „Hermitage (15)” dawniej „Conte Briano” zarekwirowany przez Amerykanów jeszcze przed ich przystąpieniem do wojny w kanale panamskim należy do najszybszych statków amerykańskich 19 wents do 24.000 ton. Nastrój zupełnie inny niż na angielskim „Troopship”. Większa dyscyplina, większa demokracja. Życie zaczyna się o siódmej rano, kończy o siódmej wieczorem. Światło gaśnie w kabinach nawet z wyjątkiem mojej, która jest kabiną oficerską. Pochmurno, duszno, czasem deszcz. Jesteśmy koło równika. Hermitage nasz samotny pruje fale Oceanu Indyjskiego.

 

Maj, 1943, piątek 21.

Dziś pod wieczór mijamy równik – oznajmił mi kapitan statku .

Powoli  życie zaczyna się  układać. Ludzie do nowego życia przywykają. Będą tak żyli sześć tygodni, najmniej.

Płyniemy do Australii. St. Francisco będzie nasz port amerykański. W Australii będziemy w Meulborne.

Towarzysze podróży pierwszej klasy: misjonarze amerykańscy, trochę kobiet i dzieci, kilkudziesięciu oficerów. W klasie żołnierskiej prócz mych 706 Polaków, wojsko australijskie i nowozelandzkie. Po kampanii afrykańskiej wracają do domu. Dużo chorych i paru rannych.

Ponieważ nie mam zdjęcia drugiej grupy, umieściłam kopie listy nazwisk ( listę odnalazł pan Marcin Hippe), polecam zwłaszcza tym, którzy poszukują rodziny bo zawiera wiele cennych informacji:

lista[1]

{ 0 komentarzy }

 

rodzina DydusiakŻycie pisze zupełnie niewiarygodne scenariusze. Dobrze, że mam korespondencję mailową i krok po kroku mogę się z Wami podzielić,  jak rozwijała się ta historia, bo nie wiem czy sama potrafiłabym ją opisać…..

Otóż, pewnego dnia….

Dostałam maila od pana Marcina Hippe.

Napisał, że poszukuje rodziny (siostra babci z dziećmi), która przebywała w Sana Rosa .  Wiedział, że zostali w Meksyku  (ale nie wiedział gdzie) i nie pamiętał jakie nazwisko  nosili. Znał tylko ich imiona i przybliżony wiek….

Sprawa wydawałoby się nie do rozwiązania. Jedyne informacje jakie posiadałam, to niezbyt czytelne skany listy osób, które przebywały w Santa Rosa. Pełna wątpliwości zasiadłam do jej przepisywania..

Dalej, pozwolę sobie umieścić maile:

Joanna Matias : Panie Marcinie, umieściłam na stronie listę, na razie same imiona i nazwiska, ale może Pan odnajdzie rodzinę

Marcin Hippe:  Witam, dziękuje  za listę.
Mam zbieżność nazwisk i imion 🙂 Dydusiak Anna i Dydusiak Teresa. Może to są one? Może Hanka to w rzeczywistości Anna? Mam odpis aktu śmierci mojej prababci Kosiorek, w którym Anna Dydusiak jest wymieniona, ale jak w takim razie nazywała sie piąta siostra? Mam bowiem piękne zdjęcie sprzed stu lat mojej prababci otoczonej wianuszkiem pięciu dziewcząt w różnym wieku. Czy ma Pani jakieś dodatkowe informacje o nich na swojej liście? Na przykład daty urodzenia, pomogło by to zweryfikować. Bo na przykład Tereska w 1934 roku była w gimnazjum. Zgodnie z reforma szkolnictwa wprowadzoną w roku 1932 musiała przejść 7 lat podstawówki. Zatem urodziła sie mniej więcej w 1920 roku. Zatem w Santa Rosa powinna mieć około 23 lat. I to by się zgadzało, bo wyszła za mąż w roku 1945 – dobry wiek na zamążpójście.

Pani Joanno, wysłałem Pani e-mailowo kilka wybranych zdjęć z Santa Rosa i okresu powojennego mojej babci ciotecznej i ciotki ciotecznej. Bardzo proszę o potwierdzenie czy zdjęcia te dotarły. Wybrałem zdjęcia najbardziej charakterystyczne. Pozostałe zdjęcia są po prostu powtórzeniami Hanki z rodziną Tereski z córkami, etc. No może jeszcze jedno byłoby interesujące, bo udało mi się odczytać miejscowość, w której było zrobione. Niestety nie wiem czy Tereska była tam na stałe, czy przejazdem. Zdjęcie było zrobione w Atotonilquillo.

 

Ku mojemu zdumieniu jedno ze zdjęć było mi dziwnie znajome.… Miałam prawie identyczne w swoim albumie.  Na dodatek -mój tata znał okoliczności zrobienia tego zdjęcia! Zdjęcie przedstawiało moją babcie , tatę i ciocię oraz dwie kobiety z dwójką dzieci…

z przyjaciółmi

 

W związku z tym szybko odpisałam:

Joanna MatiasPanie Marcinie, odkryłam, że nasz rodziny się dobrze znały :-), niech Pan sprawdzi pocztę , wysłałam Panu zdjęcie

Marcin Hippe: Ale historia 🙂 To się po prostu nadaje do prasy 😉

dzisiaj świat jest mały – gdyby nie internet to chyba nie byłoby możliwe – siedemdziesiąt lat po zrobieniu zdjęcia napotykają na siebie, całkiem przypadkowo, członkowie rodzin przyjaciółek ze zdjęcia.
Oba zdjęcia były zrobione wg mnie tego samego dnia w tym samym miejscu. Proszę zwrócić uwagę, że Hanka, mała Haneczka i mały Leszek maja dokładnie te same ubrania i te same fryzury. Płot z tyłu też jest dokładnie ten sam.

Proszę mi opisać, kto jest kto – Pani babcia jest pierwsza z lewej – prawda? A wiemy kim jest ta kobieta w środku i pozostała dwójka dzieciaczków? Są może z tyłu zdjęcia jakieś informacje?

z rodziną Dydusiak

Joanna Matias: Panie Marcinie, to zdjęcie było robione najprawdopodobniej w miejscowości Perykoz,w ogródku domku wynajmowanego przez moich dziadków.  Te małe dzieci (obok Leszka i Haneczki) to mój tata Bogdan i moja ciocia Janina

I tak po ponad 60 latach nastąpiło odkrycie: Mała Haneczka i mały Leon to rodzina pana Marcina .

Mała Janka i mały Bodzio to moja rodzina…  Jedna pani to cioteczna babka pana Marcina  – Hanka(to ta w ciemniejszej sukience) , druga to moja babcia – Alina, a kim jest pani pośrodku … do dzisiaj nie ustaliliśmy. Zdjęcie pochodzi z końca 1947 lub początku 1948 roku, a zatem już po opuszczeniu przez rodziny kolonii w  Santa Rosa.

Ale to jeszcze nie koniec historii:

Marcin Hippe:  Dzięki Pani pomocy (lista nazwisk) oraz dzięki temu, że udało mi sie odczytać nazwę miejscowości (Atotonilquillo), w której zrobione zostało jedno z posiadanych przeze mnie zdjęć mojej Tereski jestem przekonany, że posuwam się do przodu. Otóż okazuje się, z w samym Atotonilquillo jest ośmioro Dydusiaków. To znaczy oczywiście zgodnie z hiszpańskim zwyczajem Dydusiak to ich drugie nazwisko.
Dotarłem do dokumentów, z których wynika, że są to drobni farmerzy, producenci mleka, żywności (mają Los Dydusiak Sociedad Cooperativa, w Meksyku to grupa współpracujących ze sobą, ale niezależnych producentów żywności) oraz jedna jest dyrektorem szkoły podstawowej.
Udało mi sie znaleźć adres e-mail jednego z nich, właśnie wysłałem do niego e-mail. Mam nadzieję, że czas poświęcony nauce hiszpańskiego nie poszedł na marne 😉 i dostanę odpowiedź. Mam nadzieję, ze otrzymam zwrotny e-mail potwierdzający pokrewieństwo.
W ostateczności pozostanie mi poczta tradycyjna, bo do większości z nich mam też adres pocztowe ich firemek.

Joanna Matias: Dzień Dobry Panie Marcinie, to powiększy się Panu rodzina, gratuluję 🙂 Nie sądze, żeby nazwisko Dydusiak było bardzo popularne w Meksyku, także sądzę , że to raczej bliska rodzina 🙂 Niech Pan koniecznie da znać, jak się odezwą.

A po pewnym czasie ….

Marcin Hippe: Muszę podzielić sie z Panią wspaniałą wiadomością. Jeszcze dwa miesiące temu nie wiedziałem czy i gdzie ci moi kuzyni w Meksyku są, a w ciągu dwóch miesięcy trójka z nich się do mnie odezwała, mamy już stały kontakt e-mailowy, z dwójką mi sie wspaniale koresponduje, są chłonni wiedzy o swojej polskiej rodzinie i już mam niewiarygodnie ciepłe i serdecznie zaproszenie do Atotonilquillo. Ale najwspanialsze jest to, że 20 sierpnia będę się z jedną z moich kuzynek widział 🙂 Alicia Victoria ze swoim synem Aristeo przylatuje do Polski w poszukiwaniu swoich korzeni. Okazało się, ze dwa lata temu nawiązali kontakt z rodziną męża Hanki Dydusiak (mojej babci ciotecznej) dlatego że znali po prostu nazwisko. sądzili ze z rodzina po kądzieli na zawsze stracili kontak, a tu znalazłem sie ja.
No i już się umawiamy na wspólne spotkanie trzech gałęzi – meksykańskich.  Dydusiaków, polskich Dydusiaków no i mojej rodziny :-). Oczywiście pamiętam o Pani prośbie dotycząca ewentualnych zdjęć Pani rodziny z S.R. to powoli się toczy, ale dojdziemy i do tego. Czekam na kontakt od ciotki Any Cristiny (mała łysa ze zdjęcia), która ma te zdjęcia. Wujek Leon (Pani taty kumpel ze zdjęcia, ten mały w portkach) niestety od sześciu lat nie żyje. Szczerze mówiąc jestem bardzo podekscytowany tym spotkaniem z kuzynką za dwa miesiące i nie mogę po prostu uwierzyć, ze cała ta historia, która zaczęła się wywózka Hanki i Tereski w zimie na przełomie 1939 i 1940 roku, tak szczęśliwie się kończy (nie , nie kończy się, to złe słowo. na nowo odżywa 🙂

 

Ostatnio dostałam maila od Pana Marcina  z prośbą o namiary na Santa Rosa .  Wybiera się w odwiedziny do rodziny w Meksyku.  Potomkowie Dydusiaków  zaplanowali wielką  rodzinną fiestę,  której  elementem ma być wycieczka do  Santa Rosa (Pan Marcin odkrył, że ma dziesięcioro kuzynów i ponad trzydziestkę siostrzeńców i siostrzenic)

I w zasadzie już mnie wcale nie zdziwiło, że przez przypadek zaplanowali  ten  wyjazd na dzień meksykańskiej premiery filmu o Santa Rosa , która odbędzie się w pobliskim Leon  .

Bardzo  się cieszę, że właśnie tam, 29 czerwca, w Meksyku poznam wreszcie Pana Marcina i całą rodzinę Dydusiaków!!!!

Bodzio i Janka

{ 0 komentarzy }

Bohaterowie filmu Santa Rosa, to ludzie niezwykli. Życiorys każdego z nich mógłby posłużyć za scenariusz filmowy. Jedną z osób, które dane mi było poznać jest pani Teresa Sokołowska (Niedzielska). Chciałam napisać o Niej kilka słów, ale ponieważ na moją prośbę przysłała mi list ze swoim życiorysem, pozwolę sobie umieścić go w całości .

 z rodzina pani Tereski

Kochana Joanno,

Urodziłam sie 5 Stycznia 1931 roku.  Województwo  Wołyń Osada Ostrów nie daleko Beresteczka słynnego z kozackich mogił. Rodzina Niedzielskich składała sie z pięciu osób: Ojciec, Matka i troje dzieci.

Ojciec Narcyz Niedzielski (z  Ojca Antoniego). Miejsce urodzenia GMINA BARDYCZOW ROK 1896

Matka Jozefa Niedzielska z domu Karpińska (z ojca Józefa) rocznik 1904.

Brat Eugeniusz Niedzielski rodzony w 1925 roku, siostra Henryka Niedzielska rodzona w 1927 i następnie ja – w 1931.

Ojciec otrzymał od Skarbu Państwa Rzeczypospolitej Polski działkę  za służbę w wojsku.

W roku 1931 Ojciec Narcyz zmarł, Mama powtórny raz wyszła za mąż za Jana Gumieniaka i z tego małżeństwa było dwóch synów: Mirek, który zmarł mając 4 lata i Zdzisław, który przetrwał Syberie ale umarł w Persji.

10-eg Lutego 1940 roku rosyjscy żołnierze o godzinie  piątej rano z karabinami wpadli do domu rozkazując w 1 godzinę spakować rzeczy. Wsadzili całą rodzinę na sanie i zawieźli nas do pociągu do Zdulbonowa. Tu zaczęła się nasza życiowa gehenna. Archangelska Oblasc nie była letniskowym miejscem ale  zimowym grobowcem dla wielu ludzi. Nasza rodzina ocalała i znalazła długa drogę do Uzbekistanu,  tam gdzie  było tworzone polskie wojsko

Brat i Ojczym dostali sie do wojska, siostra do junaczek a ja i brat Zdzisław do sierocińca, bo mama chora na tyfus nie mogła dać nam wyżywienia. Mama sama pozostała na Nieludzkiej Ziemi.  Sierociniec był prowadzony przez polska opiekę.  Wywieźli nas do Meschedu w Persji i tam właśnie brat umarł na czerwonkę  a ja pozostałam sama, nie wiedząc  czy ktokolwiek  z mojej rodziny ocalał.

Mama wydostała sie z Rosji i przez Czerwony Krzyż znalazła mnie i siostrę, zostałyśmy połączone z Mamą w Teheranie.

Po kilku miesiącach dostałyśmy sie na listę wyjazdu do Meksyku, a więc ciąg dalszy naszej wędrówki.  Z Teheranu przewieźli nas do Karaczy i po kilku miesiącach wsadzili nas na mały statek. Dopłynęłyśmy do Bombayu. Tam władowali nas na ogromy wojskowy amerykański statek Hermitage.  Ta droga na  statku trwała 40 dni podczas Japońsko Amerykańskiej wojny. Było bardzo niebezpiecznie. Zatrzymywaliśmy sie w Australii, Melbourne, w Nowej Zelandii w Wellington, Bora-Bora i dopłynęliśmy do Los Angeles California USA – 24-eg Października 1943 rok. Dwutygodniowy postój w USA i dalej – pociągiem do Ciudad Juarez gdzie przeładowano nas na pociągi meksykańskie i przybyliśmy do Leon Guanajuato 2-eg listopada.  Z Leon ciężarówki przywiozły nas do obozu COLONIA SANTA Rosa.

Tu nie było domu, nie było kuchni ani łazienki ani gorącej lub zimnej wody tylko jeden pokoik 2 lóżka, stół i krzesła ale to było nasze prywatne miejsce, gdzie mogłyśmy rozbierać sie bez obawy, że ktoś na nas patrzy.

W Santa Rosa zaczęło sie normalne Życie. Szkoła , harcerstwo, Kościół, wycieczki, zwiedzanie interesujących, historycznych miejsc.. Santa Rosa stała się moją druga ojczyzną, tu zaczęłam dorastać. Tu dostałam pierwsza lalkę nauczyłam sie pływać w małym basenie, nauczyłam sie jeździć na rowerze, zaczęłam interesować się chłopcami. Poznałam i pokochałam meksykańskie zwyczaje i ich język śpiewny i wesoły. Lata spędzone w Santa Rosa były  najpiękniejszym okresem moich młodych lat.

Nadszedł czas na rozwiązanie osiedla – był to rok 1946. Przeniosłyśmy się do Leon, wynajęłyśmy 2 pokoje, ja chodziłam do meksykańskiej szkoły w dzień a wieczorem pracowałam w sklepie. Ponieważ byłam studentką  mogłam dostać sie na studia do USA.  Siostry Felicianki z Coreaples PA. przyjęły 25 dziewcząt do szkoły z bursą . Dostałam się tam w lutym 1947 roku.

Podczas wakacji szkolnych przyjechałam do Chicago i juz nie wróciłam do Coreaples. Zamieszkałam z koleżanką u rodziny amerykańskiej. Znalazłam pracę w fabryce na noc i zaczęłam pomagać mamie, która pozostała w Meksyku ponieważ nie miała zaproszenia. W międzyczasie siostra wyszła z mąż za inżyniera Rodolfa Vargas i osiedliła sie na stałe w Mexico City. Miała trzech synów, których Ty poznałaś.

Brat został w Anglii, ożenił się z Angielka i miał dwójkę dzieci. Obecnie liczy sobie 88 lat i dalej mieszka w Londynie.

Ja na polskiej zabawie poznałam bardzo przystojnego chłopca z AK, który przeżył Oświęcim, Madhousen inne gehenny niemieckie.  Przez Włochy z wojskiem polskim dostał sie do Anglii a 1951 wyemigrował do Chicago.

Tadesz Sokołowski i ja pobraliśmy sie 7-ego Lutego 1953 roku. Tadeusz poszedł na studia ukończył Architekturę . Po 7-mu latach urodził się Mareczek a dwa lata potem Robercik. Moim obowiązkiem było wychować dzieci w duchu polskim. Nie było w naszej okolicy polskiej sobotniej szkoły więc postanowiliśmy taka założyć. W każda sobotę dzieci uczęszczały do szkoły gdzie uczyły się historii,  języka , pisowni i obyczajów polskich.

Nie było polskiej Mszy w naszym kościele to tą sprawa również się zajęłam. Obecnie mamy dwie Msze w języku polskim.

Marek i Rober mówią i piszą poprawnie po polsku. Marek uczęszczał na letnie studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ożenił się z dziewczyną z Krakowa i mają  Michałka i Andrzejka. Moje wnuki uczęszczają do polskiej szkoły i do polskiego harcerstwa gdzie Marek jest Harcmistrzem.

Rober mieszka w Kalifornii, ożenił się z dziewczyna z Tajlandii i maja dziewczynkę Elizę i chłopca Alexa. Robert pracuje dla Dysneya.

Tadeusz zmarł 16 lat temu na raka, Mama  7 lat temu  a siostra 5 lat temu.   Ja mieszkam sama i ciągle udzielam sie w organizacjach polonijnych i interesuje sie życiem społecznym a najbardziej cieszą mnie moje wnuki i wnuczka mojej siostry Mariana, która często mnie  odwiedza(Mariana obecnie studiuje na uniwersytecie w Meksyku).

 

Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twojego Tatę,

Teresa

 

Ze swojej strony mogę dodać tylko tyle, że Pani Tereska, która bez problemu przyznaje się do swojego wieku (skończyła 80 lat) , wygląda najwyżej na 50 a ma w sobie więcej energii niż czterech dwudziestolatków razem wziętych.  Przyleciała do nas do Meksyku (sama!!) samolotem z USA . Mimo, że mieszkała w Polsce tylko jako dziecko (do 9 roku życia) – rozmawia po polsku bez akcentu.  Mimo, że mieszkała w Meksyku niecałe 4 lata- biegle włada hiszpańskim. Przypuszczam, że po angielsku rozmawia jak rodowita Amerykanka.  Mamy  ze sobą częsty kontakt, bo Pani Tereska ma konto na facebooku z którego regularnie korzysta.

{ 0 komentarzy }