Droga do Santa Rosa- Władysław Rattinger

w Santa Rosa z rodziną  

 

 

 

 

 

Opowieść Władysława Rattingera, który był odpowiedzialny za przewóz drugiej grupy Polaków do Santa Rosa. Uwaga! Poniżej w wersji polskojęzycznej

 

„Imaginen la tundra al norte del Círculo Ártico: Temperaturas bajo cero. En verano, sol las 24 horas. En invierno, noches de 24 horas. Allí estaba Naryan Mar, el campo de concentración soviético donde me encontraba prisionero.

–¡Rattinger, Wladislaw!, gritó el guardia y me señaló a un grupo de oficiales de la NKVD.

Me informaron que podría quedar libre si me reincorporaba al ejército polaco. ¡Acepto! dije. Valía la pena arriesgarse a que fuera una trampa (en un campo de trabajo en Siberia, dudas de todo).

Me dieron unos trozos de pan, un poco de carne seca y algo de pescado, unos cuantos rublos. Tomé el pequeño bulto de trapos que contaba como mis posesiones y me uní a los otros 70 compatriotas también liberados.

No íbamos muy rápido, pues aún cuando habíamos sobrevivido, eramos tan sólo un guiñapo de apenas 30 kilos, pero paso a paso los temidos cercados del campo se fueron quedando atrás.

A pié y sin provisiones, caminar en la tundra no es pasear por el parque. Para la sed, agua encharcada. Para el hambre, hervir lo que pasaba por zapatos.

Seré breve: dos semanas a Ust-Tilma. 400 km a Pechora. Tren de carga a Uchta. Barcaza a Kotlas. Tren de carga a Kirov, luego a Gorky. Barco por el Volga a Kuybishev.

Me reincorporé al ejército polaco y hasta entonces me enteré de la verdadera razón de la liberación.

Como era oficial, me asignaron buscar polacos en los campos y recorrí repúblicas soviéticas con nombres impronunciables. Kazahstán, Uzbekistán, Turkmenistán y de allí, por el mar Caspio, en atiborrados buques que parecián sacados del museo, llegamos a Iran y de Teherán a Bagdad en camión.

En Bagdad me transfirieron al ejército inglés, me ascendieron a “Commander in Chief” de un transporte y me pidieron que me reportara al cuartel de Bombay (hoy Mumbay) para mi siguiente  asignación: llevar el transporte a Kenya.

– Rattinger, debe usted llevar este grupo de refugiados polacos a un campo en México.

– !México! no puede ser, dijeron que Kenya. México está en América, al otro lado del mundo…

– Comandante, ¿está usted todavía al servicio del ejército de su majestad?

– Yes, Sir. Contesté.

– Entonces, su barco sale a las 8:00 hrs. del martes

– Yes, Sir.

Zarpamos el 16 de septiembre de 1943 en el barco Hermitage, un navío muy rápido que nos permitía viajar sin escolta. Al dejar el Océano Índico navegamos por aguas con peligro de encontrar submarinos japoneses, pero Gracias a Dios llegamos sanos y salvos hasta Sidney. Después de una escala de un par de días zarpamos de nuevo, esta vez con destino a Los Ángeles, California, ahora sin tocar tierra. Llegamos el 20 de Octubre.

Una vez en territorio americano, nos dijeron que estábamos en casa, aunque era más como otro campo de concentración, el Santa Anita Camp… las damas de la Cruz Roja trataron de entrevistar a cada uno de nosotros, pero las experiencias eran tan dolorosas que se suspendían por llanto.

Hacia finales de octubre abordamos el tren con destino a México. ¡Por primera vez en años era un tren de pasajeros! Después del desierto, apareció El Paso, Texas. Cruzamos a Ciudad Juárez y ahora abordamos un tren mexicano. Nota interesante: los trabajadores de ferrocarriles estaban en huelga, pero la interrumpieron para atender a los niños polacos.

El paisaje, novedoso, montañas escarpadas, sin muestra de guerra, y de repente nos detenemos en una pequeña estación. El identificador dice: León.

Nos recibió una orquesta, más bien una banda, un mariachi y… ¡cuetes! Tremendo susto y angustia de los niños al pensar que reiniciaban los combates. Pronto recuperamos la compostura. La comunidad judía estaba presente y lista para ayudar a los polacos judíos que llegaban.

En camiones de pasajeros nos llevaron a la hermosa Granja Santa Rosa.

Se convirtió en nuestra casa. Trabajamos en establecer las escuelas polacas, el hospital, los cultivos. Organizamos bailes, clubes de teatro, con nuestros carros alegóricos participamos en los desfiles conmemorativos. Con la calidez y el amor que nos ofrecieron nuestros anfitriones en León, sin dejar de ser polacos, nos fuimos acercando a ser mexicanos.

Un dia me pidieron que fuera a la embajada.

– Acaba de firmarse el armisticio. Se acabó la guerra. Está descargado del ejército. Libre.

Como saben, no era muy conveniente regresar a la Polonia de la Posguerra, así que volví a León, mi nueva casa. Recorrí la ciudad y caminando por la plaza, encontré a una hermosa chica, Ana María Aranda. Le pedí que fuera mi esposa, y aunque me costó un poco de trabajo convencerla, pero por fin aceptó y con los años formamos mi hermosa familia mexicana.”

————————————————————————————————————————————————

Władysław Rattinger:

„Wyobraźcie sobie tundrę za arktycznym kołem podbiegunowym. Temperatury zawsze poniżej zera. Latem słońce świeci 24 godziny na dobę. Zimą całą dobę ciemna noc. Tutaj, w Narjan-Mar, był sowiecki obóz pracy, w którym znalazłem się jako więzień.

– Rattinger!, Władysław! – krzyknął strażnik, i wskazał mnie grupie oficerów NKWD.

Powiedzieli mi, że mogą mnie zwolnić z obozu, ale tylko jeśli zgłoszę się do polskiego wojska.

– Zgadzam się – powiedziałem. Warto zaryzykować, może tym razem nie była to jakaś pułapka (w obozie pracy na Syberii niczemu nie można ufać).

Dali mi kilka kawałków chleba, trochę suszonego mięsa, jakąś rybę i kilka rubli. Te kilka szmat, które stanowiły cały mój dobytek, zwinąłem w tobołek, i dołączyłem do grupy 70 rodaków, zwolnionych razem ze mną.

Nie szliśmy zbyt szybko, nie mieliśmy sił. Byliśmy tylko obszarpańcami w łachmanach, każdy ważył zaledwie 30 kilogramów. Ale krok po kroku, zostawialiśmy w tyle budzące trwogę ogrodzenia obozu pracy.

Droga przez tundrę, pieszo i bez jedzenia, nie jest spacerkiem po parku. Aby ugasić pragnienie – piliśmy wodę z kałuży. Aby zaspokoić głód – gotowaliśmy to, co zostało z butów.

Powiem krótko – w dwa tygodnie do Ust-Tsilmy. Dalej 400 km do Peczory. Pociągiem towarowym do Uchty. Barką do Kotłasu, znów pociąg – do Kirowa. Dalej Gorki, i barką po Wołdze do Kujbyszewa.

Wcielono mnie do polskiego wojska, dopiero wtedy poczułem się naprawdę wolny.

Jako oficerowi przydzielono mi zadanie przemierzyć sowieckie republiki i odnaleźć Polaków w obozach pracy. Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan. Stamtąd, morzem Kaspijskim, na przeładowanym statkiem, który wyglądał, jakby wzięto go ze złomowiska, dotarliśmy do Iraku. W końcu z Teheranu, ciężarówkami, do Bagdadu.

W Bagdadzie przeniesiono mnie do wojska brytyjskiego, awansowali na „dowódcę” jakiegoś konwoju, i kazali zgłosić się w dowództwie w Bombaju po kolejne rozkazy – doprowadzić transport do Kenii.

– Rattinger, macie doprowadzić tę grupę Polaków do obozu uchodźców w Meksyku!

– Meksyk? Nie może być! Mówili, że do Kenii. Meksyk jest w Ameryce, to przecież po drugiej stronie świata…

– Panie oficerze!, czy wy nadal służycie w wojskach Jej Królewskiej Mości?

– Yes, Sir! – odpowiedziałem.

– W taki razie, wasz statek odpływa o ósmej rano we wtorek.

– Yes, Sir!

Kotwicę podnieśliśmy 16 sierpnia 1943 r. Okręt USS Hermitage był szybki, mogliśmy płynąć bez eskorty. Zostawiliśmy w tyle wody Oceanu Indyjskiego. Płynęliśmy ryzykując spotkanie z japońskimi łodziami podwodnymi. Dzięki Bogu cali i zdrowi dotarliśmy do Sydney. Po kilkudniowej przerwie w rejsie znów podnieśliśmy kotwicę, tym razem w kierunku Los Angeles w Kalifornii. Dotarliśmy tam 20 października, już bez zawijania po drodze do innych portów.

Gdy stanęliśmy na ziemi amerykańskiej, powiedziano nam, że pozostaniemy w domach, choć bardziej to przypominało kolejny obóz pracy, obóz Sanata Anita…kobiety z Czerwonego Krzyża chciały każdego z nas przesłuchać, ale wspomnienia były tak bolesne, że płacz uniemożliwił przesłuchania.

Z końcem października wsiedliśmy do pociągu odjeżdżającego w kierunku Meksyku. Wreszcie pasażerski, po raz pierwszy od tylu lat! Minęliśmy bezludny obszar, pojawiło się teksańskie El Paso. Granicę przekroczyliśmy w mieście Juárez, tam przesiedliśmy sie do pociągu meksykańskiego. Ciekawostka – meksykańscy kolejarze strajkowali, ale przerwali protest, aby zająć się polskimi dziećmi.

Nowe pejzaże, strome wzgórza, brak śladów wojny, i nagle zatrzymujemy sie na małej stacyjce – napis mówi: León.

Przywitała nas orkiestra. Ale jaka?! To mariachi… i fajerwerki! Strach i przerażenie dzieci, które sądziły, że na nowo rozpoczęła się wojenna strzelanina. Szybko się jednak uspokoiliśmy. Obecna była też społeczność żydowska, gotowa do pomocy polskim Żydom, którzy przyjechali do León.

Autobusami przewieziono nas do cudownej hacjendy Santa Rosa.

Stała się naszym domem. Założyliśmy polską szkołę, szpital, rozpoczęliśmy uprawy. Organizowaliśmy tańce, przedstawienia teatralne, uczestniczyliśmy w okolicznościowych paradach. Otoczeni ciepłem i miłością naszych gospodarzy z León, nie przestając być Polakami, coraz bardziej byliśmy meksykańscy.

Pewnego dnia poproszono mnie o przybycie do ambasady.

– Właśnie podpisano kapitulację. Wojna sie skończyła. To jest wasze zwolnienie ze służby wojskowej. Jesteście wolni.

Jak wiecie, nie było wskazane wracać do Polski powojennej, wróciłem więc do miasta León, mojego nowego domu. Przemierzając miasto i spacerując po ulicach i placach, natknąłem się na cudowną dziewczynę – Annę Marię Aranda. Poprosiłem ją o rękę. I chociaż kosztowało to mnie sporo wysiłku, aby ja przekonać, w końcu przyjęła oświadczyny i stworzyliśmy moją cudowną meksykańską rodzinę….”

tłum.Marcin Hippe

 

Drugi transport uchodźców w liczbie 726 osób (w tym 408 dzieci) wypłynął z Bombaju we wrześniu 1943 r. pod kierownictwem inż. Władysława Rattingera. Dotarł do zachodnich wybrzeży USA 24.10.1943 r., by po krótkim pobycie w obozie „Santa Anita” koło Los Angeles udać się do León w Meksyku. Polacy dotarli tam 02.11.1943 r. i udali się niezwłocznie do Santa Rosa.

Dodaj swój komentarz

komentarz(y)

Zostaw komentarz