(6) Bohaterowie z Santa Rosa- pani Aleksandra Grzybowicz de Villalbos

Pani Aleksandra

Opowiem Wam historię miłosną.  Niesłychanie romantyczną.  Coś na kształt Romea i Julii ( zwłaszcza jeśli chodzi o wiek bohaterów i siłę ich uczucia). Julia ( właściwie: Aleksandra) – mieszka od siedemdziesięciu lat w Leon ale kiedy mówi po polsku słychać przepiękny, śpiewny, kresowy akcent.

Pani Aleksandra Grzybowicz de Villalbos do  Santa Rosa trafiła z matką (Eugenią)  i dwiema starszymi  siostrami – Marią, ur. w 1923 r. i Anną – urodzoną w 1929 r. Kiedy siostry chodziły  na potańcówki często je odprowadzała. Tam wypatrzył ją miejscowy chłopak.  Wszystkich wypytywał, kim jest ta tajemnicza dziewczyna, która najpierw idzie na zabawę, a potem, jeszcze przed wejściem – zawraca.

Pani Aleksandra miała 12 lat – wolno jej było wyłącznie odprowadzać siostry.

Pewnego dnia młody „Romeo” odważył się i ją zaczepił. Wiedział, że jest bardzo młoda, wiedział, że nie zna hiszpańskiego, wiedział o niej prawie wszystko, ale musiał z nią porozmawiać. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. I tu, jak zwykle w takich opowieściach pojawiły się komplikacje.

Matka pani Aleksandry była przeciwna jakimkolwiek kontaktom córki z meksykańskim adoratorem. Po pierwsze ze względu na jej wiek ,  po drugie dlatego, że planowała wyjazd do USA i żadne „uczuciowe komplikacje” nie mogły mieć miejsca.  Dzieci pani Aleksandry do dziś śmieją się, jak niezwykła była to miłość, skoro ich przyszli rodzice  nie mogli zamienić ze sobą słowa (nie tylko ze względu na zakaz matki ale przede wszystkim dlatego, że w żadnym „wspólnym” języku nie mówili). Mijały lata, pani Aleksandra nauczyła się mówić po hiszpańsku. Nadal była zakochana. Nadal nie mogła się spotykać ze swoim wybrankiem…

Pewnego dnia mama pani Aleksandry ciężko zachorowała. Meksykański ukochany, który pochodził z bogatego domu,  bez chwili wahania sfinansował jej pobyt w szpitalu. Kiedy pani Aleksandra odwiedziła wraz z nim matkę leżącą na szpitalnym łóżku ta patrząc na nich powiedziała:

„To dobry chłopak, jak umrę – możecie się pobrać. Macie moje błogosławieństwo.”

Pełna radości  Aleksandra rozpoczęła przygotowania do ślubu. Wspierała ją w tym rodzina przyszłego męża. Kiedy jednak mama wyzdrowiała, a wszystko było gotowe, rodzicielka na wieść o zbliżającej się uroczystości wykrzyczała:

„Ślub?!!! jaki ślub??? Jedziemy do USA.

A na łzy przyszłej panny młodej i skargi, że przecież się zgodziła, że dała błogosławieństwo odparła:

„Powiedziałam, że możecie się pobrać JAK UMRĘ. Nie umarłam, więc wyjeżdżamy do USA”.

Pani Aleksandra wspomina, że dzień w którym matka w końcu pogodziła się z jej związkiem i z tym, że pozostanie w Meksyku  uważa za najszczęśliwszy w swoim życiu.

Odbył się piękny ślub, uroczyste wesele i można by zakończyć słowami :  żyli długo i szczęśliwie…

Jednak  warto opowiedzieć ciąg dalszy.

Pani Aleksandra miała wspaniałą teściową, którą kochała z całego serca. Teściowa bardzo pomogła jej zwłaszcza w pierwszych latach małżeństwa, kiedy to młoda małżonka …  zupełnie nie umiała gotować.

I tu mała dygresja: zarówno podczas pobytu na Syberii jak i w Santa Rosa rodziny pozbawione były … własnej kuchni. Wielką radością, wprowadzoną w hacjendzie były jednopalnikowe kuchenki, dzięki którym można było od czasu do czasu coś ugotować. Posiłki z reguły jadano wspólnie. W związku z czym jedna z  anegdotek odnośnie pierwszych lat małżeństwa pani Aleksandry brzmi następująco:

Pewnego dnia postanowiła sama przygotować mężowi posiłek:

ZAGOTOWAĆ MLEKO.

Z dumą zaniosła je mężowi. Spróbował, skrzywił się i stwierdził, że chyba jest popsute. Pani Aleksandra była oburzona.  Sprawdzić czy mleko jest dobre – umiała. W związku z czym, małżonek nauczony doświadczeniem  poprosił:  opowiedz jak je przyrządzałaś!

I pani Aleksandra opisała:

wzięłam garnek,

wlałam mleko,

położyłam na kuchence, włączyłam palnik

i POSOLIŁAM do smaku…

Nigdy nie pracowała, zajęła się wychowywaniem dzieci. Urodziła pięciu synów i pięć córek. Jej mąż był jubilerem i czasami po obiedzie, kiedy wszystko w domu było już zrobione a służąca zajęła się dziećmi schodziła do męża do zakładu i „tak sobie siedzieli”… Bardzo lubili „tak sobie razem siedzieć”.

Piękna miłość.  Prawda?

Dodaj swój komentarz

komentarz(y)

Zostaw komentarz